
Westworld od HBO zaczęliśmy oglądać z Magdą (to moja dziewczyna, wbrew podłym plotkom naprawdę istnieje) ze cztery lata temu. Jakoś na początku drugiego sezonu Magda uznała, że ma dość przefilozofowanego pierdololo i dała sobie spokój. Ja, rzecz jasna, jako poważny zawodnik z podwyższonym latami doświadczeń progiem tolerancji, dzielnie wytrwałem cztery odcinki dłużej. Chyba. Tak przynajmniej wykazało moje małe śledztwo z zeszłego tygodnia. Kilka dni temu przy przeglądaniu watchlisty na IMDb włączył mi się completionist mode i postanowiłem zawalczyć jeszcze raz. Dziś mogę powiedzieć „achievment unlocked” i wyjątkowo pamiętając jeszcze dość nieźle, o czym to było, opowiedzieć Wam, dlaczego Westworld to był świetny pomysł i co się zesrało w jego realizacji.

Wspomniane śledztwo wyglądało następująco. Włączyłem trzeci sezon i zorientowałem się, że albo nic nie widziałem albo nic nie pamiętam. Włączyłem więc drugi i miałem ewidentne przebłyski, ale niestety na tyle nędzne, że musiałem go obejrzeć od początku. Nie wiem, czy gorzej świadczy to o jakości serialu, czy o mojej jasności umysłu, ale w ten sposób przynajmniej co do zasady fabuła ułożyła mi się ostatecznie w jakąkolwiek całość. Dwóch ostatnich odcinków nie widziałem wcześniej z całą pewnością, więc zmęczenie materiału przy pierwszej próbie musiało być naprawdę konkretne, skoro odpuściłem sam finał sezonu. Ta wspaniała historia mojej bohaterskiej walki dość ewidentnie wskazuje na to, że jednak z tym serialem jest coś przynajmniej trochę nie tak. Ale do tego wrócimy niebawem.

Intermission: W science-fiction zakochałem się jako dziecko, pewnie jakoś chwilę po tym, jak opanowałem czytanie. Można więc powiedzieć, że główne rozkminki (teoretyczne, technologiczne niekoniecznie) związane z modnymi dziś tematami sztucznej inteligencji i robotyki mam nie najgorzej przerobione. Tego typu zagadnienia, co dość oczywiste, przewijają się w tym gatunku regularnie. Tak naprawdę średnio istotne, czy punktem wyjścia są bardziej seks-roboty, elektroniczni mordercy, czy autonomiczne komputery zarządzające całymi cywilizacjami. Zasadniczo wszystkie takie wątki i tak sprowadzają się zwykle do kilku pytań natury ostatecznej. Czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie przez maszynę samoświadomości? Co wtedy? A jak już się to stanie, to czy ludzkość ma przejebane od razu, czy dopiero w drugim sezonie? Podążanie za tym schematem to nie jest jakiś zarzut. To raczej naturalna kolej rzeczy dająca szerokie pole do tworzenia różnorodnych, nieraz bardzo oryginalnych i coraz bardziej mieszających się z naszą rzeczywistością historii. Od Akademii Pana Kleksa i Fundacji Asimova z jego prawami robotyki, przez Blade Runnera, Terminatora i Datę w Star Treku aż po oglądane od ponad dekady z rozdziawioną gębą filmy z kolejnymi dokonaniami Boston Dynamics – właściwie wychodzi na to, że te wszystkie Bajki Robotów towarzyszą mi przez całe życie. Ależ jestem kurwa wyjątkowy, na bank nie słyszeliście o tych tytułach xD.

Anyways, Westworld jest właśnie kolejną taką bajką, do tego wcale nie nową. Nie wiem, czy można to już nazwać franczyzą, ale tak naprawdę mówimy tu o dwóch filmach i dwóch serialach. Zaczęło się w 1973 r., kiedy to jeszcze umiarkowanie popularny pisarz science-fiction Michael Crichton wpadł na pomysł pomieszania tematu robotów z okolicznościami dzikiego zachodu. Nijak nie sklejało mu się to w książkę, więc przekonał MGM, żeby oprzeć na tej koncepcji pełnometrażowy film. Fabuła jest tu prosta jak w klasycznym westernie. Główny bohater, raczej zamożny ziomeczek z kręgów korpo-finansowych wbija z kolegą na weekend do lunaparku przyszłości udającego Amerykę z końcówki XIX wieku. Cała impreza jest obsadzona robotami do złudzenia przypominającymi ludzi. Kowboje, bandyci, dziwki w saloonie, randomy na ulicy, wieśniacy, Indianie – cały theme park zajebany androidami. W ten sposób można bez żadnych realnych konsekwencji robić tu wszystko i każdemu. Broń jest tak skonstruowana, że w przypadku strzelania w innego człowieka nie robi mu krzywdy, więc nie ma mowy o pomyłce. Gdyby dziki zachód okazał się niewystarczającą atrakcją przewidziano dla gości również świat średniowiecza i starożytnego Rzymu, ten ostatni reklamowany hasłem „relaxed morality”. Jeśli więc w rozrywce stawiasz nacisk raczej na ruchanko niż mordowanko – mamy coś dla ciebie. Wszystkim świetnie się w grę grało aż coś się zesrało. Nagle androidom się przestawiło i zaczęły się awanturować. Tu dwie ciekawostki na marginesie – jest to pierwszy przypadek użycia w filmie pojęcia wirusa w odniesieniu do komputerów. Jest to również debiut grafiki komputerowej użytej do efektów specjalnych na dużym ekranie. Jeden z robotów zostaje wyeksponowany w tej opowieści jako odmawiający współpracy najbardziej. To wyjęty żywcem ze swojej roli w Siedmiu wspaniałych Yul Brynner jako zbuntowany Gunslinger, który szybko wpada w radosne killing spree. Kilka miesięcy pracy złożyło się na raptem dwie minuty sekwencji, w których widzimy rozpikselowany świat jego oczami. Od teraz mamy na ekranie, pościgi, strzelaniny, mnóstwo walających się trupów i okoliczności zmieniające się z westernu w podziemne laboratoria i ostatecznie korytarze średniowiecznego zamku. Wszystko to bardzo sprawnie zmierza do finału, po którym widz słyszy hasło reklamowe odpowiedzialnej za cały ten pierdolnik firmy Delos: „Boy, have we got a vacation for you”.

Film wybitny to raczej nie jest, ale nawet po latach ogląda się go całkiem nieźle. Yul Brynner specjalnie się nie nagrał, bo jako morderczy robot ma raptem kilka i to zdecydowanie mało ambitnych kwestii. Zatrudniony został tu głównie jako gwiazda do naganiania widzów do kin. Przedstawiony powyżej zarys fabuły celowo nie wspomina o żadnych głębszych dylematach moralnych związanych z całą sytuacją. Po prostu ich tu nie ma. Zdaje się, że odbiór tego dzieła w czasach premiery był całkiem pozytywny. I jeśli potraktować je jako mało intelektualną rozrywkę, to sprawdza się w tej roli znakomicie. Ja się bawiłem dobrze, u mnie działa. Na tym można by skończyć temat. Ale w Hollywoodzie, jak się już zaświecą dolarki w oczach, to tak łatwo nie gasną. W ten oto sposób trzy lata później na wielkim ekranie pojawia się Peter Fonda w sequelu zatytułowanym Futureworld. Zanim jednak do niego przejdziemy zwrócę uwagę na jeszcze jeden detal. Jeśli czytając opis treści Westworld mieliście wrażenie, że brzmi to znajomo, to bardzo dobrze się Wam zdawało. Michael Crichton po swoim reżyserskim debiucie i jego kontynuacjach, które odbyły się już bez jego udziału, musiał odczuwać srogi niedosyt. Dręczył go ten niedosyt przez prawie dwie dekady aż w końcu Michael wziął i wymyślił, podmienił roboty na dinozaury i napisał Jurassic Park. Przez dwadzieścia lat w kinie zmieniło się prawie wszystko i między Westworldem a ekranizacją Parku Jurajskiego jest prawdziwa jakościowa przepaść. Warto jednak pamiętać, że punktem wyjścia dla dinozauromanii lat 90. był zbuntowany Gunslinger w czarnym kapeluszu.

Futureworld z 1976 r. to na pierwszy rzut oka klasyczny sequel bezlitośnie zrzynający z oryginału. Firma Delos nie bacząc na ofiary w ludziach otwiera swój park na nowo, ze świeżutką atrakcją w postaci podróży w kosmos. Spacer w próżni, narty na Marsie, burdel na orbicie – wymarzone wakacje dla każdego z hajsem. Tym razem główni bohaterowie są nieco bardziej wyraziści. Peter Fonda to Chuck, oldschoolowy dziennikarz śledczy uparcie szukający spisku i piątego dna. Partneruje mu zupełnie mi nieznana Blythe Danner jako Tracy, prezenterka telewizyjna zachwycona konceptem theme-parku z androidami i niczym młody pelikan łykająca narrację o wyeliminowanych usterkach technicznych, które nie mają prawa się powtórzyć. Oczywiście, jak to w kinie z tamtego okresu, baba jest głupia, a Chuck ma rację. Najpierw snuje się po jakiś technicznych kanałach, szuka dziury w całym, podgląda wszystko, co się da, aż w końcu odkrywa, że firma Delos tak naprawdę ma wywalone na robienie wesołego miasteczka dla bogoli i skupia się raczej na sczytywaniu ich mózgów, ładowaniu cyfrowej świadomości w swoje androidy i podmienianiu oryginałów. Halo, czy to prezydent Nixon? Proszę przyjechać do Futureworldu, mamy dużo atrakcji. Evil master plan for world domination, muahahaha! Od chwili gdy karty są na stole, zaczyna się bieganina, bijatyki i wybuchy. Są nawet sobowtóry głównych bohaterów usilnie próbujące wyeliminować swoje pierwowzory. Oceny miał ten film nieco gorsze niż pierwsza część historii, a ja osobiście nie jestem przekonany czy słusznie. W Westworldzie kluczowy był klimat dzikiego zachodu w kontraście do high-techu i gdzieś bardzo daleko w tle może jakaś minimalna zagwozdka, jak daleko możemy się posunąć by zapewnić sobie rozrywkę. Teraz natomiast mamy konkretną, na pewno nie świetną, ale całkiem solidnie zagraną fabułę stawiającą na pierwszym planie cyniczne użycie technologii w celu zdobycia siły i władzy. O ile przedtem była to w 90% bezmyślna strzelanina z robotami (pif paf, still very much fun), tak teraz przynajmniej o coś tu chodzi. Evil Gunslinger był zły, bo miał nagłe zwarcie w procesorze, tutaj źli są ludzie, a androidy to tylko ich narzędzia.

Ta zmiana podejścia ma oczywiście swój ciąg dalszy. Cztery lata później stacja CBS wypuściła pięć odcinków serialu Beyond Westworld. O jego wspaniałości niech świadczy fakt, że został anulowany już po emisji trzech epizodów. Nie bez powodu, bo jest po prostu kompletnie z dupy. Twórcy postanowili zignorować istnienie filmu Futureworld jednocześnie podpieprzając z niego główny motyw zastępowania ludzi na ważnych stanowiskach robotami. Wszystko dzieje się chwilę po wydarzeniach z pierwszej części. Zostaje wprowadzona postać naczelnego złoczyńcy, szalonego naukowca, który ogólnie to był wkurwiony modelem biznesowym wykorzystującym jego super-androidy do durnowatego theme-parku zamiast przejmowania kontroli nad światem. Bunt maszyn okazuje się jego zasługą. Westworld zostaje zniszczony, a akcja przenosi się do prawdziwego świata, gdzie rozpoczyna się równie prawdziwa gra o dominację. W pierwszym odcinku to jeszcze przez chwilę wygląda w miarę poważnie, okręt podwodny, pociski atomowe, te sprawy. Niestety po chwili ważną częścią tej globalnej rozgrywki lol okazuje się podmianka jakiegoś podstarzałego sportowca w lokalnym klubie futbolu amerykańskiego i tego typu pierdolety. Ewidentnie ktoś miał tu pomysł na kilkusezonową zabawę w sobowtóra tygodnia w stylu Quantum Leap albo raczej Autostrady do Nieba lub Dotyku Anioła, gdzie główny bohater musi pomóc jakimś skrzywdzonym szaraczkom, którzy nieoczekiwanie znaleźli się w epicentrum walki o przyszłość ludzkości. Nie pykło bardzo.

Temat próbowano jeszcze odświeżyć koszmarnie złą grą komputerową Westworld 2000 w połowie lat 90. Mówiło się też o rimejku z Arnoldem Schwarzeneggerem. Wiadomo, po Terminatorze na zawsze robot. Nic jednak z tego nie wyszło i wyglądało na to, że uniwersum zdechło na dobre. Coś się jednak ruszyło w okolicach 2013 roku za sprawą Jonathana Nolana i jego żony Lisy Joy. Dostrzegli w starym Westworldzie niewykorzystany potencjał i postanowili ogarnąć temat zupełnie na nowo. Trzy lata później ich pomysły zmaterializowały się na ekranach widzów na całym świecie w postaci serialu od HBO. Początkowo to tylko o ich dziele chciałem napisać ten tekst, ale gdzieś podczas oglądania zaczęło mi się zdawać, że te wszystkie coraz to oryginalniejsze koncepcje i kolejne plot-twisty to wcale niekoniecznie są takie całkiem autorskie. Sięgnąłem więc po oryginały i rzecz jasna okazało się, że jak zwykle wszystko już było. Nie zamierzam się oczywiście przypierdalać że reboot czerpie z pierwowzoru, aż tak źle ze mną nie jest. Po prostu zauważam na zapas, że współczesna wersja zwykle nie odkrywa Ameryki, a raczej bardzo mocno rozwija stare, dobrze znane wątki lub bawi się w ich kreatywną deformację. Co do zasady te fabuły są zupełnie niezależne i niepowiązane ze sobą, ale fajnie jest znać materiał źródłowy, by lepiej ocenić, co w tej nowej wersji poszło dobrze, a co w ogóle.

Otwarcie nowego Westworld jest wręcz mokrym snem widza, który z nostalgią wspomina oryginał. Zamiast krótkiej sekwencji, w której bohaterowie wjeżdżali w świat dzikiego zachodu, tu otrzymuje full experience i wraz z protagonistą w pełni zanurza się w rzeczywistość miasteczka Sweetwater. Początkowo aż roi się od scen skopiowanych 1:1, tylko że teraz wyglądają wręcz obłędnie i nie ma tu cienia seventisowego paździerza. Poznajemy w tej grze kolejnych robocich NPC-ów i odkrywamy pętle zachowań, które zostały im zakodowane. Śledzimy z zapartym tchem wszelkie sidequesty angażując się zarówno w poczynania naszego bohatera jak i odpowiednika Gunslingera tutaj określanego mianem Man in Black – w tej roli naprawdę dobry Ed Harris. Stopniowo orientujemy się też, że główne wątki fabuły tak naprawdę odbywają się w zupełnie różnym czasie i dzielą je jakieś trzy dekady. Wchodzimy za kulisy parku rozrywki i z bliska oglądamy proces tworzenia, programowania i naprawy uszkodzonych kowbojską fantazją androidów. Z jednej strony widać poniekąd oczywistą bezduszność z jaką traktowane są przez obsługę techniczną maszyny, z drugiej zaczynamy dostrzegać bardziej ludzką twarz krzywdzonych na wszelkie sposoby hostów, bo tak nazywane są na wsypie firmy Delos androidy. Tu właśnie pojawia się zasadnicza różnica w stosunku do pierwowzoru. Tam był nijaki główny bohater i morderczy Guslinger jako jego jednoznaczny przeciwnik. Tu okazuje się, że William, którego oczami ukazywany jest nam świat przedstawiony, pełni fabularnie rolę służebną wobec faktycznie głównych bohaterów, czyli robotów.

Za sprawą córki ranczera, Dolores (taka se, choć dość przekonująca Evan Rachel Wood) i burdelmamy, Maeve (jak dla mnie fantastyczna, ale pod koniec nieco już nudna Thandiwe Newton) zostaje ukazany proces prowadzący po wielu latach traumatycznych doświadczeń do tego, że dziewczynom najpierw zupełnie się wszystko pieprzy w głowach, a później doznają momentu eureki i mówią basta – ruchać to my, a nie nas. Dwie silne role kobiece – check. Mechanizm, który w 1973 r. został sprowadzony do anomalii lub wirusa tu jest dużo bardziej rozbudowany i uzasadniony psychologicznie. U robotów pojawiają się trwałe, mocne uczucia (również miłość), wbrew oprogramowaniu przebijające się do ich świadomości pomimo kolejnych resetów. Czy jest to do końca sprzeczne z ich softem też przestaje być oczywistym, gdy poznajemy po drodze jego projektantów. W ramach lepu na widzów doktora Forda gra Anthony Hopkins, który popisówek może tu nie ma, ale poniżej pewnego poziomu nigdy przecież nie schodzi. W fabule coraz więcej jest pytań niż odpowiedzi. Jest to wszystko dość skomplikowane, ale bardzo dobrze przemyślane i spójne. Narracyjnie jest to wręcz wybitna konstrukcja. Coraz więcej się domyślamy, ale jednocześnie mamy mnóstwo nowych wątpliwości. Wątki zaczynają się zazębiać, a wszystko prowadzi po pierwsze do osiągnięcia przez przynajmniej część androidów jakiejś formy samoświadomości, a po drugie, co było do udowodnienia, do decydującej rozwałki będącej finałem pierwszego sezonu.

Fabuła drugiej części to przede wszystkim interwencja z zewnątrz i reakcja na bunt maszyn z poprzedniego odcinka. Jest więc regularne polowanie oddziałów specjalnych na wkurwione androidy, są kolejne urozmaicenia w postaci nowych segmentów parku – Indii Brytyjskich i Japonii epoki Edo. Pojawia się uber-host potrafiący kontrolować innych. Temu wszystkiemu towarzyszą coraz gęstsze zagwozdki związane z tym, kto jest robotem, a kto człowiekiem, kto tylko udaje, a nawet kto kogo zrobił i właściwie po co. Maszyny kontynuując jeden z ważniejszych motywów poprzedniego sezonu usrywają sobie questa, żeby dotrzeć do jakiegoś Valley Beyond, co ostatecznie prowadzi do całkiem ciekawego wątku próby zbiorowego przeniesienia świadomości w chmurę, gdzie wszyscy będą żyć w nieskończoność i bardzo szczęśliwie. Łączy się to z zerżniętym z Futureworld kopiowaniem umysłów bogatych gości parku Delos, które to okazują się nawet głównym celem interwencji. Jak sami widzicie mnożą się tu interesujące (nawet jeśli recyklingowane) pomysły i dylematy natury moralnej i egzystencjalnej. Można by polemizować, że chaos fabularny robi się zbyt przytłaczający, że filozoficznych monologów jest za dużo, że kolejne jakże estetyczne i cieszące oko rozwałki właściwie niczemu nieraz nie służą, ale w tym sezonie, niezależnie od pizdyliarda równoległych wątków i rozrzucenia ich na kilka linii czasowych, to się jeszcze broni i ma jakiś sens.

Poważne problemy zaczynają się w odsłonie trzeciej, gdzie androidy definitywnie urywają się ze smyczy, opuszczają wyspę Delos i zaczynają panoszyć w prawdziwym świecie. Biorą sobie do serca jedną z definicji życia i zaczynają się replikować przy użyciu wypasionych drukarek 3D. Niestety nie mają jakiegoś specjalnego pomysłu, co dalej. Zupełnie chyba jak scenarzyści. Zaczyna się miotanie między koncepcjami. Od zemsty, zniszczenia ludzkości i walki gatunków o dominację, przez matrixową hodowlę nieświadomych niczego sheeple (właściwie nie wiadomo po co), po ostateczną zagładę i może ewentualnie wcześniejsze zrobienie jakiegoś backupu do chmury. Nie mogą się też dogadać między sobą i nagle się okazuje, że to wcale nie człowiek musi być najpoważniejszym zagrożeniem dla robociej egzystencji. Ogólnie to dość słabiutko, jak na cyfrowych nadludzi. Pojawia się tu klasyczny problem równie przeciętnych co przekombinowanych seriali – bohaterowie zaczynają być głupkami. Oprócz tego sprawiają wrażenie, że nudzi się im bardziej niż mi, więc odwalają wszelkie możliwe krzywe akcje. Najpierw widz zostaje nauczony, że ma do czynienia z super bystrymi istotami o mocy obliczeniowej srogo przekraczającej nasze mózgi, a później obserwuje ich działanie w praktyce i wychodzi na to, że Michael Scott ze swoimi zdolnościami analizy i racjonalnej oceny sytuacji wyrasta przy nich na tytana intelektu. Ja mam nadzieję, że kiedyś jakiś ChatXD6 sensowniej będzie układał te scenariusze.

Wprowadzone zostają nowe postacie, Caleb, grany przez Aarona Paula i jak sądzę nieprzypadkowo kopiujący liczne zachowania Jessego Pinkmana oraz nowy zły, Vincent Cassel. Gdybym tak bardzo nie miał pomysłu na dalszą historię, też pewnie ratowałbym się znanymi nazwiskami. Główny wątek jakoś coraz bardziej rozjeżdża się z serwowanymi w przerwach między strzelaninami patetycznymi przemowami głównych bohaterów. Niby sporo zostaje poruszonych ważnych dylematów, jak konsekwencje wielokrotnego duplikowania własnej świadomości, czy perspektywa robotów na predestynację i pytanie czy tak bardzo różnimy się tu od nich, ale niestety żaden z tych motywów nie zostaje tak naprawdę dowieziony fabularnie. Z westernem już dawno nie ma to nic wspólnego poza postacią faceta w czerni, który zginął chyba z pięć razy, ale ani razu na dłużej, za to wciąż lubi wszędzie łazić w kowbojskim kapeluszu. Robi się z tego jakiś dziwny mix korpo rozgrywek Sukcesji z Black Mirror, Kronikami Sary Connor i Battlestar Galacticą. Komuś takie combo mogłoby wydać się atrakcyjne, więc od razu wyjaśniam, że w rzeczywistości przypomina to bardziej totalny pierdolnik ostatnich sezonów przechujowego The 100, gdzie twórcy sami gubiąc się we własnej opowieści uskuteczniają permanentną ucieczkę do przodu.

Ja bardzo chciałem, żeby mi się to podobało, ale no nie, nie da rady. Dwa ostatnie sezony to nuda, udręka i nieustający lol na kolejne plot-twisty z dupy. Everything Everywhere All at Once byłoby niezłym tytułem, ale Oskarka to z tego żadnym cudem nie będzie. O ile pierwsza połowa tej przygody była naprawdę interesująca, tak później łapałem się na tym, że zaczynałem oglądać jednym okiem i wszystko na drugim ekranie wydawało się ciekawsze. Nie ratuje sytuacji ani przepiękne CGI futurystycznego Los Angeles i Nowego Jorku ani pomysłowe patenty muzyczne niespodziewanie wplatające w tło motywy takie jak Space Oddity czy Perfect Day. W sumie twórcy spektakularnie wyłożyli się na tym samym (choć zupełnie inaczej), co autorzy Beyond Westworld ponad cztery dekady wcześniej. Wtedy pomysł na akcję po opuszczeniu parku Delos był idiotycznie prosty i tak toporny, że nie dało się tego oglądać. Teraz jest przekombinowany i próbuje uchwycić wszystkie tożsamościowe problemy robotów na raz.

Czy jest to więc zupełna strata czasu i zmarnowana szansa? No oczywiście, że to zależy. Jeśli potraktować Westworld jako zamknięty reboot, to chyba nie jest tak całkiem fatalnie. Dwa początkowe sezony są naprawdę solidne i dają dużo rozrywki, również intelektualnej. Dalej jest źle, gorzej i jeszcze gorzej, ale ostatecznie, jeśli wspiąć się na wyżyny wyrozumiałości, wychodzi z tego jakaś względnie zamknięta całość. Jeśli w tej dalszej części wyłączyć się na fabułę i podejść do tego jak do zestawu interesujących tematów do dalszej dyskusji… o, to teraz jest świetnie, ale umówmy się – nie po to się ogląda telewizję. Z całą pewnością natomiast jest ten serial zupełną porażką, jeśli ktokolwiek miał nadzieję na dalsze rozszerzanie uniwersum. Nastąpiło totalne wypalenie tematu i nie da się tego kontynuować. Jeśli ktoś jeszcze kiedyś sięgnie po markę Westworld, to na pewno nieprędko. Ja za to już teraz mam dla niego doskonałą radę – niech go ręka boska broni, żeby opuszczać dziki zachód. Łoo, bez kitu, mam też zajebisty pomysł. Tym robotom, jak już opanują cały lunapark i zaczną się desantować na nasze miasta, to trzeba napisać w scenariuszu, żeby niezależnie od całego wielkiego buntu przeciw rodzicom i przewag fizyczno-technologicznych nie mogły się uwolnić w swoim oprogramowaniu od kowbojskiej estetyki. Niech się szczelają w futurystycznych miastach z rewolwerów, jeżdżą na konikach i noszą kapelusze. Będzie sztosik. Westworld 2040 – copyrajtuję to. Czemu oni te wszystkie seriale wymyślają beze mnie pozostaje zagadką.
