
Gdybym miał syna, a telewizja nie zamieniła się nagle w streamingi, to gnojek pisałby pewnie pasty w internecie „mój stary jest fanatykiem seriali, cały dom zajebany numerami To & Owo”. Mam na imię Michał, zbliżam się do czterdziestki, zrobiłem w życiu kilka fajnych rzeczy, ale nie są to raczej szczególnie wiekopomne osiągnięcia. Dopiero niedawno odkryłem w sobie potrzebę odciśnięcia jakiegokolwiek piętna na świecie. Kłopot w tym, że ostatnie dwie dekady spektakularnie przepierdoliłem oglądając seriale. A tak to jakoś działa, że jak chcesz zostać politycznym liderem, fizykiem kwantowym albo inżynierem w przemyśle kosmicznym, to obszerna znajomość czterdziestu sezonów Star Treka jest ci potrzebna mniej więcej jak kurwie profesura. Fuck you Zefram Cochrane! Jeśli słyszycie tu lekką frustrację, to w ogóle Wam się nie zdaje. Całe szczęście nauczyłem się już z nią żyć i jakoś sobie radzimy, ja i mój telewizorek.

Oglądałem ostatnio reboot Quantum Leap i trochę przeraziło mnie jak jestem przekwalifikowany do oglądania takich produkcji. Patrzyłem w to trochę tak jednym okiem, ale aż zdzierżyć nie mogłem, jak twórcy traktowali mnie jak idiotę i w obawie, żebym choć na sekundę nie stracił wątku tłumaczyli wszystkie możliwe głupoty związane z niuansami działania akceleratora kwantowego, do którego wszedł trzydzieści lat temu Sam Beckett „… and vanished”. Najpierw oczywiście wkurwiłem się na scenarzystów i reżysera, ale w końcu dotarło do mnie, że za wszystko trzeba obwiniać samego Sama i jego azjatyckiego następcę, Bena. To te leniwe buły zamiast cofnąć się w moją przeszłość, najlepiej gdzieś w okolice 2003 roku i zaproponować młodemu Michciowi przyszłościowe alternatywy dla telewizji i chlania, zajmują się regularnymi głupotami pod przykrywką naprawiania świata. To przez ich grzech zaniedbania dorosły chłop nałogowo ogląda jakieś z dupy sequele, prequele, spinoffy, które i tak Netflix czy inny Amazon ujebie po drugim sezonie. Oh boy!

Skoro więc nikt nie zamierza w moim życiu „put right what once went wrong”, pozostaje mi samemu sprawić, żeby nie zostać z tymi serialami jak Himilsbach z angielskim i użyć jakoś mojej telewizyjnej wiedzy okupionej zmarnowanymi oczami i mózgiem. Mentalnie spokojnie łapię się na boomera, więc adekwatnym rozwiązaniem tej niezręcznej sytuacji wydaje się sięgnięcie po metody z początku wieku. Proste, że założę sobie blogaska. Ogarnąłbym może nawet kanał na jutubku, ale raz, że jestem za leniwy na sesje nagraniowe, a dwa, że nie chciało mi się uczyć After Effectsa i skończyłoby się na tym, że oglądalibyście z dołu mój podbródek w 360p narzekając, że jest za cicho. Na razie będzie więc słowo pisane. Czytane pewnie mniej. Spytacie – po co to wszystko? Dla własnej próżności, jak się uda to dla hajsów, a w najlepszym razie dla przestrogi. No i nie miałem dotąd gdzie sensownie używać tych wszystkich durnowatych gifów.
Wasted Days
to tytuł bardzo pięknej piosenki zespołu The Slackers. Oryginalnie jest ona niby o miłości, ale sami zobaczcie jak zgrabnie wpisuje się ten tekst w etos dzielnego przegrywania życia kolejnymi serialami.
What have I done wrong that I should be sorry?
You broke my heart you left in no hurry
What I’m sorry for is all those wasted days
And all those wasted ways that I loved you.What didn’t I do that made you want to leave me?
My life was so full now it seems so empty
What I didn’t do is love you every night
Like I wanted to be alive if I couldn’t love youWell I’ll find another before this nights over
She may not be you, I might not be sober
But I’ll make love with her until the morning light
Thinking all the while how I could love you
Halo, tu ziemia.

Po tym równie romantycznym co pozbawionym elementarnego kontaktu z bazą wyjaśnieniu nazwy strony musimy sobie ustalić jeszcze kilka bardziej technicznych kwestii. Po pierwsze primo, to na razie za bardzo nie wiem co robię i co tu będę wypisywał. Na pewno coś o serialach, bo prawie na niczym innym się nie znam. Ale w jakim kontekście? Beats me. Myślę, że będzie sporo o sajfajach i związanych z nimi rozkminkach moralno-etyczno-technologicznych, bo ten gatunek jest mi najbliższy. Sądzę, że nie uda się uniknąć psioczenia na zabijające fabuły, a wszechobecne wokeness. Na pewno nie będę się ograniczał do nowości i sięgnę nieraz do klasyków z lat 60. czy 70. Pewnie czasem zahaczę o filmy kinowe, sfrustrowany faktem, że fabuła, która kiedyś mieściła się w dwóch godzinach dziś zajmuje trzy pełne sezony. Nie jest wykluczone, że napiszę coś o grach komputerowych, jako alternatywnym sposobie przewalania czasu. Raczej będę unikać sztampowych recenzji, gdzie mógłbym udawać absolwenta filmoznawstwa, przesadnych ekscytacji mid-season cliffhangerami, czy ploteczkami z planu i tekstów typu „Top 5 seriali o dinozaurach podróżujących w czasie” lub „Nie uwierzycie, kto odrzucił rolę Baby Yody”. Ale cholera wie, może się okazać, że moja desperacja ma poważniejszy charakter niż podejrzewam obecnie. Niczego więc nie obiecuję. Poza tym, że co chwilę mnie coś w serialach irytuje i nie zawaham się Wam o tym napisać. I będę język polski mieszać z angielskim. Bo tak mam ochotę, a 90% tego syfu oglądam po angielsku właśnie.

Po drugie drugo chcę coś w końcu na moim zmarnowanym życiu choćby symbolicznie zarobić, więc będę tego bloga namiętnie monetyzować. Namiętnie oznacza najprawdopodobniej leżąc na kanapie, bo tu oczywiście też nie wiem, co robię, więc pewnie skończy się na jakimś głupim bannerze albo dwóch. Uprzedzam po prostu, że zamierzam z mojej pisaniny wyciągnąć stówkę albo dwie w ciągu najbliższej dekady. Łoo, lepiej, ale to byłby sztos, jakby z tego bloga zwracały mi się kiedyś subskrypcje wszystkie. Tu na marginesie wspomnę w ramach disclaimera, że jak czegoś nie ma w streamingach, to radzę sobie i nie zamierzam udawać Niepokalanej.Dziewicy.1080p.BluRay.x265.mkv. Wasted Days Inc., kapitał zakładowy 50 zł, wydane na domenę z jakiejś wyspy na półkuli bez kontynentów. Pozdro.

A po trzecie trzecio, to ta strona wygląda na razie jak gunwo i tak ma być. Tego w tym pięknie gołym szablonie WordPressa jakoś szczególnie nie widać, ale nie skłamię mówiąc „trust me, I’m a web designer”. Otóż jak mi się to wszystko nie znudzi w tydzień, to będę chciał tu sobie trochę z czasem poeksperymentować. W temacie grafiki, kodu, funkcjonalności… zobaczymy. Na razie po prostu na szybko wrzuciłem stronę z jakąś pierwszą treścią, żeby został dla przyszłych pokoleń ślad po tej pięknej marcowej nocy, gdy usrało mi się, że 20 lat po wszystkich zostanę blogerę. „TV series blog” – lol, gugiel mówi, że ma tylko jakieś 1 250 000 000 wyników na ten temat.