
Ciężko mi się było zebrać do tego tekstu, bo przyzwyczaiłem się (lol, po dwóch razach), że mogę sobie trochę poheheszkować w tych recenzjach, a tu jest takie mocno średnie pole do żartów. Raz na jakiś czas lubię sobie zafundować solidną dawkę kina (a nawet lepiej telewizora) wojennego. Obejrzałem więc niedawno Pacyfik i Generation Kill. Tak się pięknie rozpędziłem, że palec mi latał na myszce jak na spuście w poszukiwaniu jakiejś następnej, godnej, historycznej rozwałki. Nagle przypomniało mi się, że kiedyś czytałem o jakimś starszym serialu o wojnie w Wietnamie. Nie żadnym tam mini-serialu, tylko takim porządnym serialu, który ma trzy długie sezony i nie wyrucha mnie po sześciu odcinkach poczuciem niedosytu.

Tour of Duty premierę miał w roku 1987 w stacji CBS, tej samej, która chwilę wcześniej zbiła fortunę na słynnym M*A*S*H. Ewidentnie chcieli powtórzyć sukces i któryś exec uznał, że po ponad dziesięciu latach od końca wojny da się już względnie bezpiecznie ugryźć ten wciąż mocno kontrowersyjny temat. Nie bez znaczenia w procesie decyzyjnym była na pewno popularność rok wcześniejszego filmu Pluton, sugerująca, że spędzający życie przed telewizorem Amerykanie (howdy, fellas) mogą być już gotowi, żeby na nich pozarabiać pod pretekstem rozliczenia z Wietnamem.

Intermission: Cofnijmy się na chwilę do lat 90. Jeśli ktoś wychowywał się w tamtym okresie przed telewizorem nieuchronnie musiał nasiąknąć amerykańskim kontekstem kulturowym związanym z wojną w Wietnamie. To było kurwa wszędzie. Nawet głupia Drużyna A odnosiła się do tego co i rusz. Jak rodziców nie było w domu cichaczem oglądałem puszczane w nocy filmy, które ojciec lubił nagrywać na kasety wideo. Jeśli w wieku +/- 10 lat zaliczy się Łowcę Jeleni, to niestety kończy się z banią zrytą na zawsze, a ekran „teraz można bezpiecznie wyłączyć komputer” przestaje być dostępny. Czas Apokalipsy i Full Metal Jacket z całą pewnością nie pomogły w odkręceniu tego zjawiska. Do tego gdzieś po drodze doszedł Forrest Gump, którego łyknąłem razem z książkami chyba z dziesięć razy. Te wszystkie produkcje stwarzały w głowie polskiego gówniaka dość absurdalne poczucie, że to w jakiś sposób była „moja wojna”. Patetyczna nawalanka z Niemcami była czymś zupełnie odległym, a Wietnam ociekający soundtrackami pełnymi Doorsów i Rolling Stonesów wydawał się bliski i co gorsza fajny. Myślę, że nawet jako dziecko z grubsza rozumiałem, że w tych filmach chodzi jednak głównie o patologię i totalne zwyrolstwo wojny, ale nie zmienia to faktu, że było w tym wszystkim coś cholernie pociągającego. No włączcie sobie na przykład Good Morning Vietnam i powiedzcie mi, że nie byłoby super znaleźć się teraz w Sajgonie w 1965. Jprdl, pewnie, że by nie było, ale zaraz wjeżdża I Feel Good i może jednak sam już nie wiem.

W tę rozkminkę dobrze wpisuję się czołówka Tour of Duty, w której scenkom wietnamskiej rozwałki towarzyszy Paint it Black Stonesów. W pierwszym odcinku raz dwa poznajemy głównych bohaterów i udajemy się w dżunglę przekonać się na własnej skórze, jak zajebiste możliwości zwiedzania świata daje amerykańska armia młodym ludziom bez sprecyzowanego pomysłu na życie. Takim, którzy pomysł mieli zresztą też. Podstawowy skład oddziału, któremu będziemy towarzyszyć przez 58 odcinków to typowy przegląd usańskiej różnorodności etnicznej. W przypadku serialu o chirurgach wyglądałby co najmniej podejrzanie, lecz jeśli mowa o poborowych jest historycznie chyba zupełnie adekwatny. Szkielet jednostki stanowią przesądny latynos o korzeniach w Puerto Rico, streetwise murzyn z Bronxu, patriotyczny redneck z Montany, naiwny blond surfer z Kaliforni i pacyfista-mądrala, na pewno z jakiegoś uniwersytetu. Jest również doświadczony sierżant traktujący wojnę jako robotę do zrobienia i zieloniutki porucznik z rodziny o militarnych tradycjach. Oczywiście dostajemy w tym pakiecie również pełen przekrój postaw wobec koncepcji strzelania do randomowych Azjatów pod palmami. Są wcześni hippisi, którym wola przetrwania szybko weryfikuje światopogląd. Są normalsi, którzy po kilku pierwszych potyczkach zaczynają załapywać, że powrót no bycia normalsem może się przeciągnąć w lata terapii. Są też „gung ho” chojraki spod znaku „Paweł, pokaż tym kurwom jebanym!”, dla nich zwykle nie ma ratunku, czasem tylko udaje im się spokornieć na czas i uniknąć definitywnego game over. Głosem rozsądku i mentorem dla wszystkich tych ziomków jest wspomniany sierżant Zeke, któremu pomimo przewalania w Wietnamie trzeciego już chyba turnusu jakimś cudem udało się zachować pełnię człowieczeństwa. Porucznik Myron Goldman pełni tu rolę dobrego chłopaka z dobrego domu, który nagle zostaje rzucony na głęboką wodę i musi zacząć podejmować trudne decyzje, od których zależy życie jego ludzi.

Gołym okiem widać tu schemat zjechany do bólu niczym dziwki w Sajgonie. Panowie będą musieli przezwyciężyć swoje odmienności i stworzyć zgraną drużynę, której uda się przetrwać w realiach wojny. Niezależnie od koloru, wyznania, czy poglądów mogą teraz liczyć tylko na siebie, więc do wszelkich dotychczasowych uprzedzeń nie ma powrotu innego niż lot do ojczyzny po odbębnieniu roku służby. Typowa historia wymuszonej okolicznościami męskiej przyjaźni, takie Band of Brothers wcześniejsze o ponad dekadę, zanim telewizja zaczęła być naprawdę fajna. No ok, jest jedna bardzo zasadnicza różnica między Kompanią Braci a bohaterami Tour of Duty. Ci pierwsi nawalali Niemców, bo tak było trzeba, ojczyzna wzywała, drzewo wolności domagało się podlania krwią tyranów i patriotów. Ci drudzy w większości przypadków za chuja nie wiedzieli po co łażą w kółko z karabinami po dżungli. Ten motyw przewija się tu regularnie i jest bardzo eksponowany – brak zrozumienia dla założeń i celów wojny. Trochę sobie o tym czytałem, ale nie zamierzam tu wchodzić w podważanie lub uzasadnianie sensowności prowadzenia przez USA dwudziestoletniego konfliktu na drugim końcu świata. Kluczowe dla tej historii jest to, że totalny brak komunikacji „po co nam to wszystko” z punktu widzenia zwykłego żołnierza sprawiał, że wrogiem jawił się nieraz o wiele bardziej jakiś wkurwiający oficer czy inny kwatermistrz niż czyhający w krzakach Victor Charles. A to tylko początek problemów.

Bardzo szybko do braku poczucia „dziejowej misji” tępienia komunizmu dochodzi niekompetencja przełożonych. Rozkazy z dupy powodujące bezsensowną śmierć, kalectwo, ofiary cywilne. Oficerowie, który faktyczną dżunglę widzieli tylko na zdjęciach, a okupione hektolitrami krwi, zdobywane wzgórza tratują wyłącznie jako numerki na mapie – Gooood Morning, Vietnam! No nie jest łatwo być pospolitym trepem w najpotężniejszej armii świata. Jak jesteś czarny, to już w ogóle przejebando, bo oprócz przełożonych co chwilę przypieprza się do ciebie jakiś nowy w jednostce, który właśnie przyleciał ze swojego Smalldickstown, Ohio i zamiast zabezpieczać twoje tyły sprzedaje ci swoje nowatorskie podejście do krytycznej teorii rasy. Do tego dodajmy jeszcze coraz liczniej pojawiających się wśród rekrutów hipisów, którzy beztrosko stwierdzają, że oni się szczelać nie będą, a w ogóle to ta wojna jest zła i trzeba powstrzymać amerykański imperializm. Napięcie i stres są w oczywisty sposób nieodłącznym towarzyszem każdej wojny, ale ośmielę się twierdzić, że w przypadku Wietnamu miała w tym aspekcie miejsce iście wiekopomna kumulacja. W myśl zasady, że patologia rodzi patologię następnym krokiem tego rozpierdolu było upowszechnienie się ćpania wśród żołnierzy, a dalszą konsekwencją totalna znieczulica na jakąkolwiek ludzką krzywdę. Jeśli podejrzewacie, że kolejnym etapem może być ludobójstwo, stosy martwych, wietnamskich wieśniaków i sprawne tuszowanie całej sprawy, odpowiadam – bingo.

W poprzednim akapicie zajawiłem w zasadzie prawie wszystkie główne tematy, wokół których kręcić się będzie akcja serialu. Jakkolwiek zgodnie z logiką telewizyjnych produkcji lat 80. większość tych motywów ma tu charakter bardzo epizodyczny, to jednak udało się twórcom zachować z odcinka na odcinek sensowną strukturę, łańcuch przyczynowo-skutkowy, a niektóre z wątków przekształcić w naprawdę ciekawe, dłuższe fabuły. Czytałem gdzieś, że serial powstał przy udziale i z błogosławieństwem U.S. Army – nie należy więc oczekiwać cudów, ale jednak warto docenić, że udało się przeforsować wszystkie te kontrowersyjne tematy i to wcale niekoniecznie w ugrzecznionej formie. Recenzenci z epoki doceniali chyba umiarkowanie. Trafiłem w internecie na sporo krytyki, że to kolejna produkcja z cyklu „Wojna, honor, przyjaciele”. Fakt, przez olbrzymią część czasu ekranowego oglądamy po prostu dzielnych chłopaków w akcji, to w końcu jest serial o wojnie i braterstwie, wiadomo, ale wątki obyczajowe zdecydowanie nie są tu marginesem. Co więcej spektrum tych wątków jest naprawdę imponujące.

Nie obędzie się bez kilku słów o grze aktorskiej i przyznam, że temat ten jest nieco problematyczny. Mam wrażenie, że casting odbył się według klucza „im gorszy i mniej znany, tym lepiej”. Tu nie ma świetnych aktorów. Żaden z nich nie zrobił później sensownej kariery. Co więcej, oni wszyscy sprawiają wrażenie, jakby doskonale zdawali sobie sprawę, że są co najwyżej średni. I właśnie ta świadomość okazuje się ostatecznie ich siłą. Bo jak dostałeś jako taki przeciętniak rolę w głośnym serialu, który leci w prajmtajmie konkurując z The Cosby Show, to dajesz z siebie absolutnie wszystko, inaczej nic z tego nie będzie. Efekt jest taki, że panowie są po prostu cholernie wiarygodni, a w przypadku produkcji takiej jak Tour of Duty do szczęścia nie trzeba niczego więcej. Jak o tym teraz myślę, to ten casting to jest jakiś kosmiczny majstersztyk. Dzięki temu, że nie ma tu żadnych znanych nazwisk, dużo łatwiej jest identyfikować z tym czy innym average Joe rzuconym w wir wojny mocarstw i kompletnie nie ogarniającym, o co w tym wszystkim chodzi. Co więcej, poza drobnymi wyjątkami, postacie są naprawdę świetnie napisane i nawet aktorzy klasy zdecydowanie nie światowej mając tak dobre linie dialogowe wypadają w swoich rolach wręcz przezajebiście.

Najdziwniejszy w tym wszystkim jest Terence Knox jako sierżant Zeke Anderson. Albo to jest naprawdę zły aktor, albo niesamowity geniusz, wciąż nie mogę się zdecydować. Kluczowa jest jednak nie moja opinia, a efekt końcowy. Ten jest zaś taki, że Zeke ze swoim stoickim spokojem, upośledzonym wyrazem twarzy, a jednocześnie takim trochę naiwnym przejęciem i zaangażowaniem staje się stopniowo głównym spoiwem zarówno przedstawionego oddziału jak i całego serialu w ogóle. Trochę podobne rozterki budzi Tony Becker jako szeregowy Danny Percell. Nie jestem dobry w takie oceny, ale wielu chyba bez większych skrupułów określiłoby jego styl mianem drewna. Kłopot w tym, że to drewno jest cudownie przekonujące zarówno jako prostolinijny wojak, który przyjechał do Wietnamu spełnić swój patriotyczny obowiązek wobec ojczyzny, jak i w roli chłopaka, który nie potrafiąc sobie poradzić z okrucieństwem wojny ucieka w heroinę i ociera o dezercję. Stephen Caffrey jako porucznik Myron Goldman też z całą pewnością nie tworzy tu kreacji dekady, ale świetnie się obserwuje jego przemianę z naiwniaka świeżo po szkole oficerskiej w zmęczonego rzeczywistością bezsilnego frustrata pod koniec serialu. Czysto aktorsko to chyba najlepiej wypada Miguel A. Núñez Jr. Początkowo szeregowy Marcus Taylor miał być chyba oddziałowym głupkiem, cwaniakiem, załatwiaczem. Z czasem poszło to w inną stronę i za jego sprawą wjechaliśmy na bogato w wątki morderstw na tle rasowym, reperkusji zabójstwa MLK i działalności Czarnych Panter. W obu przypadkach przynajmniej on jeden zagrał to z całą pewnością bardzo zacnie.

Podczas oglądania tego serialu miałem jedną powracającą myśl. Czemu, ach czemu, 1987, a nie 2017?! Gdyby to powstało dziś, gdyby wzięło się za taki projekt jakieś HBO i dało na produkcję solidny współczesny budżet… Emmom nie byłoby końca. Tak bardzo zmienił się na lepsze storytelling w telewizji przez trzy minione dekady. Właściwie do góry nogami wywróciło się ogólne podejście do małego ekranu (twoja stara ma mały ekran, ja mam 50″). Kiedyś poważny aktor Dustin Hoffman wstydził się przyznać, że podłożył głos w Simpsonach, dziś Harrison Ford gra w spinoffie czy innym prequelu Yellowstone. Tour of Duty bardzo się starało wyprzedzić swoją epokę, ale niestety nie wszystkie ograniczenia dało się w latach 80. przeskoczyć dobrymi chęciami. Na każdym kroku czuć gdzieś w tle pewien poziom paździerza, charakterystyczny dla wszystkich, bez wyjątków seriali z tamtego czasu. Niby patrzysz na poważną fabułę dla dorosłych ludzi, a nagle jeden z drugim turlają się pod ostrzałem, jakby walczyli o rolę w MacGyverze. Wiem, że nie wszystkim łatwo przychodzi przejście nad takimi detalami do porządku dziennego, więc wolę wspomnieć dla uczciwości, że na pewne ułomności dawnej telewizji trzeba się tu wyłączyć i przyjąć z pokorą do wiadomości, że stare produkcje raczej nie potrafiły być tak ładne i realistyczne jak nowa Diuna.

Wróćmy jednak do treści serialu. O ile w pierwszym sezonie mamy do czynienia przede wszystkim z bieganiem po dżungli w różnych konfiguracjach i rozmaite ciężkie tematy dzieją się głównie w cieniu palm (czy innych dziwnych krzaków rosnących na Hawajach, gdzie kręcono pierwszą część Tour of Duty), tak w drugim ktoś stwierdził, że trzeba zmienić naciski i wprowadzić urozmaicenia. Stąd akcja przenosi się coraz bardziej do baraków, do bazy, do miasta. Zostaje też wprowadzona postać irytującej, acz zwykle dobrze chcącej dziennikarki Alex Devlin – w tej roli zupełnie przyzwoita, szczególnie na tle wszystkich pół-naturszczyków Kim Delaney. Widz o bardziej romantycznym usposobieniu otrzymuje w końcu upragniony romansik. Porucznik Myron tylko czekał przecież aż pojawi się w jego serialu, tfu, jednostce jakaś okazja. Ba, widz dostaje ostatecznie nawet coś na wzór trójkąta, bo wpieprza się w ten układ jeszcze maczo-pilot helikoptera, John McKay. Dan Gauthier w tej roli to miał niezłe zadatki na drugiego Toma Cruise’a, ale widać nie biegał tak ładnie jak on, bo kariery nie zrobił. O, bym zapomniał, Zeke też dopadł jakąś fajną panią doktor, a Myron przed dziennikarką jeszcze obracał jakąś swoją miłość z przeszłości. Widzicie trend? Komuś ewidentnie wyszło w ratingach, że dziarskie skakanie po krzakach z M16 w ręku nie wystarczy i publiczność może się przełączyć na inny kanał. Całe szczęście z okazji tych nowych wątków female viewers nie porzuciły masowo świeżutkiej Mody na Sukces i twórcom serialu pozostało wrócić w trzecim sezonie do korzeni. Jedyny wyraźny ślad po tej próbie zmiany to wprowadzenie znanego nazwiska w powracającej regularnie roli. Pojawia się Carl Weathers (wówczas na topie, Predator premierował w 1987, a o Mandalorianie jeszcze nikt nie słyszał) jako walczący z wojskowym betonem pułkownik Brewster. Aktorsko absolutnie nie odstaje od reszty, ale wiadomo, zawsze miło spojrzeć na znajomą twarz. Może od razu wspomnę, że w krótkich epizodach pojawia się znanych aktorów cała lista, między innymi Ving Rhames, Michael Madsen, Everett McGill, Lee Majors i Kyle Chandler.

Trzeci sezon jest wyraźnie mroczniejszy. Nawet niekoniecznie chodzi o samą fabułę, ale raczej o ogólny nastrój. Serio, na tym etapie autentycznie ciężko się obserwuje losy głównych bohaterów. Są w jakimś z dupy tropikalnym kraju, średnio wiedzą po co, mają raptem kilku ziomeczków na stałe, bo ciągła rotacja. Co chwilę przylatują jakieś wkurwiające i coraz bardziej zhipisiałe żołtodzioby, które nie dość, że pyskują, to jeszcze stanowią realne zagrożenie. Dowództwo ssie pałkę tak mocno, jakby od tego zależał jego los w tym burdelu. Gołym okiem widać, co nie działa, ale nikt nie chce tego naprawić. Zostaje chlanie, ćpanie, ruchanie i udawanie, że mnie tu nie ma. Perspektywy na przeżycie i powrót do normalności równie obiecujące co na trzecią kadencję Nixona kilka lat później. Gdzieś po drodze wjeżdża jeszcze temat black ops CIA, a tam to już w ogóle nie ma żadnych zasad, więc jak kierowałeś się w życiu chłopaku jakimś kodeksem moralnym, to weź mię tu nawet nie rozśmieszaj. Serial kończy się super tajną misją, którą dobrze opisuje hasło „an exercise in futility”.

Części bohaterów udaje się przetrwać Rok w Piekle (to polski tytuł serialu) i co dla takich wojennych fabuł dość nieoczywiste zostaje pokazane przy kilku okazjach, co dalej. Dwudziestoletnie, niby dopiero wchodzące w życie, a w praktyce totalnie zdewastowane psychicznie i nieraz fizycznie chłopaki wracają do kraju, który ich nie chce i nie ma dla nich miejsca. To jest oczywiście problem przy każdej wojnie, ale wydaje się, że Wietnam był w tym aspekcie co najmniej wyjątkowy. Nigdy wcześniej neomarksistowskie ruchy antywojenne nie miały aż tak dużej siły przebicia. Nigdy wcześniej przekaz o „baby killers” nie wdarł się z taką siłą do głów zwykłych, niezaangażowanych Amerykanów. Bycie weteranem po turnusie w Indochinach było naprawdę chujowe. Jest tu przedstawionych nieco optymistycznych, heartwarming zakończeń, ale ogół perspektyw jest zdecydowanie przytłaczający. Wspaniale wzruszająca jest scena rozmowy telefonicznej dwóch z ocalałych bohaterów kilka miesięcy po powrocie. Normalnie łezka w oku. Pada tam taki tekst, który nieźle chyba oddaje skalę wyzwania, jakim musiało być dla tych ludzi odnalezienie się w nowych, normalnych realiach.
I miss ’em. Sometimes I even miss being over there. (…) Sometimes I feel like it was the only family I ever had.

Chciałem ślicznie skończyć tym przejmującym cytatem, ale nic z tego. Przypomniała mi się jeszcze jedna bardzo ważna dla odbioru dzieła kwestia techniczna. Nie znalazłem tego serialu na streamingach, a DVD uważam za nośnik niegodny współczesności, więc wiecie, rozumiecie, poradziłem sobie inaczej. I dostałem po łapach za swoje, choć wcale niewykluczone, że tak samo pokarałoby mnie za głupie DVD. Pamiętacie jak pisałem o Paint It Black w czołówce? No to u mnie zamiast tego leciało jakieś około-windowe, choć całkiem klimatyczne plumkanie z motywami azjatyckimi. I tak przez prawie cały serial. Jeśli porwiecie się kiedyś na tę produkcję, zróbcie sobie przyjemność i ogarnijcie wydanie DVD na rynek brytyjski i australijski z lat 2011-2013. Cała reszta bez wyjątków obfituje w nagraną przez studyjne no-name bandy generyczną muzę, którą zastąpiono wszystkie możliwe i naprawdę liczne sztosy z epoki. Nie ma Hendrixa, nie ma Procol Harum, nie ma Four Tops. Jest wujek Staszek z plerezką i jego etno fujarka. Żeby być uczciwym to wujek Staszek odwalił kawał dobrej roboty w utrzymaniu klimatu, ale nie oszukujmy się, oryginałów to nie zastąpi. Pamiętajcie więc by celować w to jedno konkretne wydanie. Jeśli nie macie co robić z życiem, to obejrzyjcie koniecznie, bo warto. Nie musicie dziękować. I miejcie na uwadze, że to między innymi właśnie takie Tour of Duty utorowało drogę dla wszystkich super popularnych 10/10 Kompanii Braci i wszelkich jej klonów.
PS: Poddałem się, nie ma w necie gifów do tego serialu, sorry.

2 odpowiedzi do “Tour of Duty – suma wietnamskich traum, falstart o dwie dekady i aktorzy, którzy nie umieli, ale dali radę”
TL,DR. 🙂
Jest w tym coś, dżungla, zippo i czerwone marloboro wciśnięte za opaskę hełmu. M65, M16, i inne różne M. Willem Dafoe, Johnny Depp.. chciałem tam być. Pisz. Będę czytał.
Na hełmie to tylko Lucky Strajki. Pojebane to strasznie, jaką można zrobić popkulturę z takiej „wiecznej wojny”. Będę pisał.