The Newsroom – idealistyczna bajka o dziennikarzach, którym odjechał peron medialnej rzeczywistości


Kiedy obejrzałem pierwszy odcinek The Newsroom, od razu wiedziałem, że to będzie serial irytujący mnie absolutnie wszystkim, a jednocześnie jeden z tych, od których nie będę się mógł oderwać. Doceniam go zarówno za solidną fabułę jak i świetną realizację i grę aktorską, jednocześnie jednak zdając sobie sprawę z tego, jak idiotycznie durny jest i naiwny. Durny w tym złym sensie, bo co do zasady to jednak mimo pewnych objawów nie jest komedia. Historia o idealistycznych dziennikarzach usiłujących w XXI wieku robić rzetelny, uczciwy i obiektywny program informacyjny to w zasadzie z definicji bajka z mchu i paproci. Jeśli dodać do niej ewidentną lewicowość głównych bohaterów wchodzimy już raczej w sferę kabaretu i standupu, które w większości przypadków wywołują u mnie co najwyżej poczucie przytłaczającego cringe’u. Pomimo jednak, że już na etapie badań prenatalnych mamy w tym serialu do czynienia z ewidentnym ciężkim upośledzeniem płodu, lekarze odprawiają takie czary, że ostatecznie dzieciak z czerwonym paskiem kończy podstawówkę, liceum i ze świetną lokatą wbija na dziennikarstwo UW. Z jednej strony „no ja pierdolę powinno wyjść inaczej”, z drugiej „ja wiedziałem, że tak będzie” i teraz wam opowiem, co się takiego tu stało, że ta produkcja HBO była skazana na sukces.

Intermission: w poprzednich tekstach nie produkowałem się jakoś przesadnie na temat moich poglądów politycznych, ale tutaj to chyba będzie nieuniknione. W takim popkulturowym, mało mądrym postrzeganiu uchodzę najprawdopodobniej za faszola, naziola, nacjozjeba, katotaliban, w najlepszym razie za zacofanego konserwatystę. Co gorsza nawet trochę lubię i szanuję tego kurdupla z Żoliborza, Kaczafiego. Interesuję się geopolityką i stosunkami międzynarodowymi, więc podważam profity dla Polski z udziału w Unii Europejskiej, gardzę polityką zagraniczną Niemiec i Francji, śmieję się z mitycznych „wartości świata zachodniego”, a demokracja (głównie liberalna, ale nie tylko) jako koncept jest dla mnie definicją globalnego spierdolenia umysłowego. Lubię niskie podatki i wydatki na wojsko, mam w dupie poprawność polityczną, używam słowa „murzyn”, a hetheye i inne shehery, no jak se tam chcą, ale instynktownie budzą u mnie konsternację charakterystyczną raczej dla wizyt przy wybiegu z surykatkami w zoo. Żeby było śmieszniej, jak w tym z dupy polskim filmie, którego nie widziałem, albo w listach od czytelników Gazwybu, mam dziewczynę uważającą się za lewaczkę i do tego twierdzę, że to świetny pomysł. Dyskutujemy sobie o różnych, nieraz kontrowersyjnych sprawach i uczymy, że prawda nie tylko na pewno nie leży po środku, ale też zwykle nie tam, gdzie nam się na początku rozmowy wydawało. Fajnie jest mieć poczucie, że się ma rację, ale dużo ważniejsze jest przyjąć do wiadomości, że nie wszyscy tak muszą uważać i to nie czyni ich z automatu twoimi śmiertelnymi wrogami. Do tego warto pamiętać, że poglądy nie są na zawsze i jak się zdobywa nowe informacje, to dobrze jest dostosować do nich dotychczasowe opinie. To właśnie ten mindset i okoliczności życiowe które opisałem są z całą pewnością w dużej mierze odpowiedzialne za to, że tak szybko polubiłem się, lub wręcz do pewnego stopnia zacząłem identyfikować z głównym bohaterem serialu Newsroom.

Will McAvoy (w tej roli prześwietny Jeff Daniels) to tak zwany anchor man, po naszemu prezenter (choć mam wątpliwości, czy to do końca to samo) w amerykańskiej sieci kablowej. Jest gwiazdą, ma na koncie bogatą karierę dziennikarską, a obecnie prowadzi w nowojorskiej filii stacji ACN swój godzinny program, który najlepiej opisuje hasło infotainment. Krótko rzecz ujmując tematy ważne są przemieszane z plotkarskimi gówno-newsami i tanimi sensacjami w takich proporcjach, by w żadnym razie nie przegrać z coraz krótszym attention spanem widzów. Will jest dobrze po pięćdziesiątce, najlepsze lata dawno ma za sobą, jest zmęczony, znudzony by nie powiedzieć zblazowany i z całą pewnością rozczarowany nie spełniającym jego oczekiwań światem. Na tym etapie jedynej satysfakcji z pracy dostarczają mu sława i pieniądze, których na gwiazdorskim kontrakcie nie brakuje. Poznajemy go podczas panelu dyskusyjnego dla studentów, gdy dwójka jego rozmówców odgrywa zaciętą batalię socjalizmu z wolnym rynkiem. Jakkolwiek Will co do zasady uważa się za Republikanina, ma tę rozmowę z grubsza w dupie. Nic go tu nie zaskoczy, na wszystko odpowiada półsłówkami, żartami i unikami. Nagle z publiczności pada pytanie „czy możesz powiedzieć, dlaczego Ameryka jest najwspanialszym krajem na świecie?”. Dyskutanci głównego bohatera zgodnie z partyjną linią odpowiadają „różnorodność i możliwości” oraz „wolność i wolność”, a ja już w tym momencie, bez dalszych hintów wiem, co powie Will i że będę musiał obejrzeć całe trzy sezony. Najpierw próbuje zbyć temat kolejnym dowcipem, ale moderator dociska. Widzimy gdzieś w tylnych rzędach kobietę, która niezauważona przez innych widzów pokazuje napisane wielkimi wołami na kartce „It is not” i Will po chwili wahania niczym czytając z promptera podchwytuje temat. Dostajemy równie przecudowny co szokujący dla publiczności rant na to, jak trzeba być pojebanym, żeby uważać USA za najlepsze miejsce na świecie, obowiązkowo rzecz jasna uzupełniony porcją klasycznie boomerskich przemyśleń, jak to kiedyś było lepiej. W tym miejscu postawiłem tezę, że Newsroom przez 25 odcinków przedstawiać będzie walkę o to, by z pozycji frustrata znów uwierzyć w misję i znaczenie prawdziwego, merytorycznego dziennikarstwa. Nie pomyliłem się.

Mija kilka tygodni, a akcja przenosi się do studia, gdzie poznajemy pozostałych bohaterów. Pani, którą widzieliśmy wcześniej suflującą z kartki, okazuje się byłą dziewczyną Willa, a już niebawem producentką wykonawczą jego programu, MacKenzie McHale. Emily Mortimer w tej roli swoim irytującym i jakimś takim dziwnym, bezradnie władczym sposobem bycia momentami bardzo kojarzy mi się z postacią Diane z Cheers. Mac kilka miesięcy wcześniej wróciła nieco poniszczona psychicznie z Bliskiego Wschodu i teraz za sprawą szefa pionu wiadomości, Charliego Skinnera (cudownie ciapowaty Sam Waterston), podejmuje się zadania przekształcenia News Night, czyli programu Willa w przykład poważnego dziennikarstwa, z którego można być dumnym. Razem z nią przyjeżdża z Waszyngtonu Jim Harper, który będzie nowym producentem. John Gallagher, Jr. jako Jim świetnie sobie radzi jako młody, bystry i wyszczekany wilczek, który ma już doświadczenie i poczucie własnej wartości, ale nie brak mu pokory i gołym okiem widzi, że do Pulitzera jeszcze długa droga. Harper zastępuje na stanowisku Donalda Keefera, który zostaje przesunięty do późniejszego programu. Tę rolę dostał Thomas Sadoski i zgodnie z zasadą, że w HBO casting się musi zgadzać, jest doskonale wiarygodny jako bezczelny, pragmatyczny Don, który nie brzydzi się tanią sensacją, ale umie też docenić jakościowe newsy. Jego dziewczynę, zajmującą stanowisko juniorskie Maggie Jordan gra Alison Pill i jakkolwiek cholernie mnie denerwuje wszędzie, gdzie ją widzę, to jest to przykład dopasowania idealnego. Młoda, raczej ładna, niedoświadczona choć bardzo inteligentna, wiecznie histeryzująca i przereagowująca, ale coraz lepiej ogarniająca tematy dziewczyna od razu wpada w oko Jimowi. Główną ekipę serialu, czy też tzw. senior staff uzupełniają Sloan Sabbith (całkiem zabawna w swojej udawanej drętwocie Olivia Munn) i Neal Sampat (Dev Patel znany wszystkim z cztery lata wcześniejszego, oscarowego Slumdog Millionnaire). Sloan to nieporadna w życiu prywatnym, śliczna ekonomistka z licznymi doktoratami marnująca swój potencjał zarobkowy jako ekspertka News Night do spraw gospodarki. Neal jest młodziutkim, super ogarniętym, idealistycznym nerdo-mózgowcem odpowiedzialnym za prowadzenie firmowego bloga.

To przedstawienie postaci odbywa się niesamowicie naturalnie. W redakcji od razu czuje się chemię między bohaterami, dialogi są rewelacyjnie wiarygodne, a sytuacja, w której dziennikarze od razu zostają rzuceni na głęboką wodę jest z życia wzięta. W kwietniu 2010 roku w Polsce wszyscy na swój sposób przeżywaliśmy katastrofę smoleńską. Chwilę później medialną sensacją był uniemożliwiający loty wybuch wulkanu na Islandii. W USA od 20 kwietnia absolutnym numerem jeden była katastrofa ekologiczna w Zatoce Meksykańskiej. Eksplozja na platformie wiertniczej Deepwater Horizon spowodowała największy w historii wyciek ropy i równocześnie zapoczątkowała olbrzymi skandal związany z przepisami dotyczącymi bezpieczeństwa tego typu przedsięwzięć. To właśnie ten temat zaskakuje bohaterów Newsroomu jeszcze nie całkiem gotowych na stworzenie serwisu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. Obserwujemy jak zdobywają i weryfikują informacje, jak pozyskują kontakty, by jako pierwsi móc poinformować widzów o kolejnych zwrotach akcji. Nawet jeśli popełniają błędy, mamy poczucie ich zaangażowania, profesjonalizmu i głęboko zakorzenionego poczucia konieczności docierania do choćby najmniej wygodnej prawdy. Dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że różne dziennikarskie śledztwa będą stałym motywem w kolejnych odcinkach. Co jednak wcale nieoczywiste twórcy serialu postanowili regularnie sięgać po zdarzenia, które wszyscy pamiętamy z niedawnej historii. Zabicie Bin Ladena, kampania wyborcza Mitta Romneya przed drugą kadencją Obamy, zamach bombowy w Bostonie, początki ruchu Occupy Wall Street – te i wiele innych tematów stają się polem do popisu i chlebem powszednim ekipy News Night. Oglądanie ich kolejnych starań o jak najbardziej wiarygodne informacje z pierwszej ręki jest niesamowicie wręcz satysfakcjonujące nawet jeśli cała znana nam rzeczywistość każe na nie patrzyć ze srogim sceptycyzmem.

Powiedzmy sobie uczciwie – ten serial to jest jedna wielka fantazja na temat pracy dziennikarza. Totalne cięcie w chuja i przedstawianie zawodu przez pryzmat tej jednej jedynej, najlepszej, najuczciwszej, najrzetelniejszej i w ogóle najfajniejszej redakcji, która w praktyce rynkowych realiów nie ma prawa zaistnieć, a jeśli by zaistniała, to my nie mamy prawa się o niej dowiedzieć, tak biedne będzie mieć zasięgi. Zamiast oglądalności kluczowe staje się pytanie „czy nasi widzowie potrzebują tej informacji, by podjąć właściwą decyzję przy urnie wyborczej?”. Wszyscy, nawet początkowo raczej cyniczny Ron i przyzwyczajony do telewizyjnej klikbejtozy Will, okazują się nagle tytanami prawdy, a gdy zdarzy im się zagrać pod publikę lub nagiąć daną historię do swoich potrzeb, po chwili unoszą się honorem, biją w pierś i obiecują poprawę, ba, nawet sami sobie na szybko jeszcze wyznaczają jakąś choćby symboliczną pokutę. Patrzy się na to z podobnym przekonaniem jak na pracowników marketu podekscytowanych koniecznością zostania w pracy w niedzielę po godzinach. Ta w żaden sposób nieprzystająca do rzeczywistości wizja ma w sobie jednak coś niesamowicie urzekającego. Ona jest wręcz spełnieniem niewypowiedzianego być może głośno marzenia każdego widza Wiadomości lub Faktów zmęczonego wieczną polaryzacją, napędzaniem konfliktu i bezsensownym napierdalaniem o mamie Madzi czy innej sensacji tygodnia. Ten widz chciałby wiarygodnych informacji i merytorycznej dyskusji, a nie pieprzenia bez końca o winie Tuska i wsadzeniu pisowskich zbrodniarzy do pierdla. Newsroom wszystkie te oczekiwania spełnia. Taka szkoda, że nie istnieje.

Nieprzypadkowo twórcy postanowili uczynić Willa republikaninem szefującym raczej mocno lewicującej ekipie. Zrobili z niego taki trochę listek figowy dla własnego, zupełnie niekonserwatywnego światopoglądu. W takiej pozycji to przecież on ma co do zasady największe podstawy by krytykować swoje ugrupowanie, wytykać jego idiotyzmy i demagogię. Co więcej zdecydowanie bardziej interesuje go los jego partii niż Demokratów, nic więc dziwnego, że to na niej się skupia. Will ma tu być tym ostatnim sprawiedliwym, który nie wypierając się swoich poglądów walczy o oczyszczenie własnych szeregów z kretynów, bigotów i innych ksenofobów. Gardzi socjalizmem, ale przecież nie chce odmawiać pomocy potrzebującym. Rozumie zabijanie terrorystów, ale niekoniecznie ma ochotę podpalać meczety. No jest mi takie podejście niepokojąco bliskie. Można by powiedzieć, że ma tu miejsce lekka dekonstrukcja konceptu partyjnej pakietowości poglądów, ale obawiam się, że zadziało się tu zupełnie przypadkiem i chodziło przede wszystkim o legitymizację poczynań załogi News Night. Zwykle ten mechanizm sprawdza się na ekranie całkiem nieźle, choć było tu kilka sytuacji, w których aż mi dupa pękała od stężenia hipokryzji. Na przykład zaostrzenie autoryzacji przy głosowaniu zostało przedstawione jako faktyczne odbieranie prawa wyborczego całym grupom mniej lub bardziej wykluczonych. No jprdl, ktokolwiek kto choć przez chwilę interesował się amerykańskimi wyborami powinien wiedzieć, jaką kpiną jest ich system wyborczy jeśli chodzi o możliwość fałszerstw. Jak Was śmieszy ta starsza pani w komisji, która długopisem skreśla od linijki nazwisko po okazaniu dowodu osobistego, to ja Wam tylko mogę powiedzieć, że w stosunku do USA ona żyje w XXIV wieku. Takich przykładów manipulacji jest tam o wiele więcej, ale uczciwie muszę przyznać, że w większości przypadków uchodzi to Newsroomowi na sucho i nawet jeśli raz czy drugi zakląłem pod nosem, to po chwili i tak dalej oglądałem przejęty, czy i tym razem uda się dowieźć temat na czas i w odpowiedniej jakości.

To na pewno po części przerabianie własnych, zawodowych frustracji, ale uważam, że jest bardzo ekscytujące obserwowanie ludzi wykonujących z przekonaniem i poczuciem słuszności swoją robotę. Taką mimo wszystko zwykłą. Nie są przecież żadnymi szpiegami, kosmonautami ani fizykami kwantowymi. Mają za to poczucie misji i czują, że ich praca jest potrzebna, a może wręcz niezbędna dla dobrego działania demokracji, w którą głęboko wierzą. Serduszko podpowiada, że to po prostu debile, ale z drugiej strony jednak trochę zazdro i trzymam za nich kciuki. Oczywiście nie jest cały czas tak różowo i nie brak w tym serialu miejsca na słupki, wykresy i badania Nielsena. Nikt tu nie uprawia działalności charytatywnej i oglądalność się musi zgadzać. Za konflikt hajsy vs prawda odpowiedzialne są dwie postacie reprezentujące zarząd stacji. W roli szefowej wszystkich szefów pojawia się na ekranie sama Jane Fonda, by jako Leona Lansing równoważyć inne biznesy swojego korpo ze smrodem, który robi im działalność stacji. Chris Messina wciela się w jej syna Reese’a, przydupasa i jakiegoś, tak go roboczo zatytułujmy, dyrektora finansowego. O ile na początku ta kosa o pieniądze jest raczej czytelna i czarno-biała, tak z biegiem odcinków coraz bardziej zacierają się granice i nagle już nawet Lansingowie zaczynają grać w teamie prawych i sprawiedliwych. Mało jest to realistyczne próbując przełożyć taki zwrot na prawdziwe życie, ale znów, udaje się twórcom serialu tak to poprowadzić, że nagle widz łaskawiej spogląda na milionerów zarządzających ACN. Tak naprawdę w tym serialu nie ma „złych” ludzi po stronie tej stacji i zdaje się, że w recenzjach z czasu pierwszej emisji był to jeden z podstawowych zarzutów ze strony krytyków. Ta cholerna jednostronność czasami aż boli, ale ośmielę się stwierdzić, że pomysłodawca, Aaron Sorkin zrobił to z pełną premedytacją. Stworzył mocno idylliczny obraz sprzeciwiającej się całemu rynkowi oblężonej twierdzy, który sprawia, że na bohaterów patrzy się nie jak na zwykłych Zenków odbębniających swoją zmianę, tylko na prawdziwych bohaterów walczących w lśniących zbrojach o prawdę z całym złem tego świata. I choćby nie wiem jak przekłamana była ta wizja, wciąż jest bardzo pociągająca.

Oczywiście niezależnie od całego heroizmu są oni mimo wszystko bardzo ludzcy. Pokazaniu tego służy między innymi pozwalająca utrzymać równowagę tematyczną druga nóżka o charakterze emocjonalno-miłosnym. Skomplikowana relacja Willa z Mac i trójkąt Don-Maggie-Jim to tylko wierzchołek góry biurowych romansów w większości skrzętnie ukrywanych przed współpracownikami. Te wszystkie miłosne dramaty opakowane w nieco komiczne, kąśliwe dialogi przywołują mi skojarzenia z Seksem w wielkim mieście, którego co prawda prawie nie oglądałem, ale mam jakieś ogólne wyobrażenie na jego temat. Zresztą pojawiają się nawet bezpośrednie nawiązania do tego serialu. Wątki te prowadzone są według sprawdzonego, durnego schematu, w którym bohaterowie tak długo nie mówią sobie rzeczy, aż cały, początkowo wcale niekoniecznie znaczący problem wybucha im prosto w twarz. Sekrety, niezręczności, zdrady, nieplanowane publiczne upokorzenia – zupełnie nie doceniam tej formuły, ale dialogi są odpowiednio cięte, a aktorzy spisują się w nich na tyle dobrze, że ich bohaterowie mimo wynikającej ze scenariusza autodestrukcji i wiecznego komplikowania sobie życia, wciąż budzą sympatię. Ta strona serialu zdecydowanie nie jest dla mnie, ale jestem przekonany, że wielu widzów doceni tak zaprezentowaną dynamikę redakcyjnych relacji. Co więcej, myślę, że niezależnie od moich preferencji ta druga twarz Newsroomu jest wręcz niezbędna, by postacie miały jakąkolwiek głębię. Jednocześnie w ten sposób udaje się nieco złagodzić nastrój całej produkcji i wprowadzić bardziej przyziemny, ludzki pierwiastek do całego epicko-dziennikarskiego pierdololo.

O ile w pierwszym sezonie mamy do czynienia z całym zestawem tematów, które spędzają sen z powiek naszym bohaterom, tak druga część skupia się na głównym wątku dziennikarskiego śledztwa w temacie użycia przez amerykańskie wojsko gazu bojowego na ludności cywilnej. Oryginalna informacja wydaje się redakcji zupełnie nieprawdopodobna i początkowo traktowana jest z olbrzymią nieufnością. Sprawa jest jednak na tyle poważna, że przydzielona do niego ekipa zaczyna tydzień po tygodniu badać kolejne źródła i dokumenty, szukać świadków, by znaleźć potwierdzenie, wystarczające do publikacji. Ten skrupulatny proces w dobie szybkich newsów i czytania samych nagłówków wydaje się wręcz absurdalny. Widz ma poczucie, że każda redakcja świata już dawno ulepiłaby z tego sensacyjny materiał o tytule zaczynającym się od „UJAWNIAMY”, jednak ekipa News Night to przecież prawdziwi dziennikarze i nie mogą sobie pozwolić na choćby zarzut o manipulację lol. Wspaniale mi się patrzyło na tę utopię. Jestem człowiekiem, który doskonale zdaje sobie sprawę, że prawda w mainstreamie jest na szarym końcu priorytetów i nawet do pewnego stopnia się z tym godzi. Jednak co innego rozumieć, a co innego mieć nadzieję, że da się inaczej. I ten serial moją bezsensowną nadzieję urzeczywistnia na potrzeby jakiś dwudziestu godzin naiwnej, ale dobrej telewizji.

Trzeci sezon w dużej mierze rozwija rozpoczęty już wcześniej wątek konfliktu tradycyjnych mediów z socialami. Nagle okazuje się, że już nie trzeba mieć reporterów na całym świecie, bo byle Ahmed czy Sanjay z kamerą w telefonie może nakręcić video, które później obejrzą miliony. I nawet nie będą zainteresowane jego eksperckim omówieniem. Zerkną w minutowy filmik, przeczytają może kilka komentarzy i przewiną dalej do breaking newsa o ekstrawaganckim imieniu dziecka Rihanny. Telewizyjnym serwisom informacyjnym nie pozostaje nic innego jak do takiego nowego stylu konsumpcji wiadomości się przystosować. Ale czy wszystkim? Jedna, jedyna redakcja, zamieszkała przez nieugiętych dziennikarzy, wciąż stawia opór klikbejtom i uprzykrza życie social mediom. Ta postawa „hollier than thou” jest momentami aż do wyrzygania nieznośna. I jeszcze raz podkreślę, nie chodzi o to, że się z nią nie zgadzam. Problem w tym, że tak dramatycznie odbiega ona od rzeczywistości. W przypadku jednego z bohaterów przekłada się to nawet na życie prywatne. Wzmożenie moralne i wynikające z niego poczucie wyższości nie pozwalają mu pogodzić się z tym, że jego dziewczyna tapla się w wątpliwym etycznie bagnie infotainmentu. Kocham cię, ale nie spełniasz moich standardów, najebałem się ze smutku, nie umiem sobie z tym poradzić, wygląda na to, że musimy rozstać. To brzmi dokładnie tak sztywniutko jak wygląda na ekranie, ale jednak tam zostaje poprzedzone kilkunastoma odcinkami, które już nas przyzwyczaiły, że w News Night pracują nieskazitelni obrońcy wartości, przez co cały wątek się klei i jest zaskakująco spójny. W ramach kontrastu do tłiterowego dziennikarstwa ostatniej dekady główna intryga sezonu opiera się o koncept bezwzględnego zachowania anonimowości źródła. Czegóż to nasi herosi nie robią, by nie odkryć tożsamości osoby odpowiedzialnej za ważny przeciek. Ucieczka za granicę, więzienie – nic nie jest im straszne, gdy chodzi o ideały i demokrację. 2014 rok, tomaszolisowane.

Myślę, że na luzie wywnioskowaliście z tych kilku akapitów, że mam z Newsroomem coś na zasadzie love/hate relationship. Jest wiele argumentów, które pozwalają uznać go za bardzo dobry, solidny serial zgrabnie opowiadający naprawdę ciekawą historię i przedstawiający życie zawodowe i prywatne grupy nie tylko świetnych dziennikarzy ale i interesujących ludzi. Niestety jest również urągającym rozumowi, idealistycznym urojeniem, a momentami wręcz szkodliwym bełkotem zakłamującym obraz rzeczywistości. Kłopot w tym, że w dużej mierze to właśnie ta oszukańcza strona stanowi o mierze jego sukcesu. W odróżnieniu od tak wielu współczesnych produkcji tu nie musimy śledzić kolejnego scenariusza o tym, jak to wszystko jest złe, wszyscy są skorumpowani i zakłamani, a za chwilę spieprzą nam świat jeszcze bardziej. Tu mamy bohaterów na jakich nie zasługujemy, którzy są uczciwymi profesjonalistami dbającymi o dobro widzów (i demokracji xD). Takich chcemy, takich potrzebujemy, za takimi przez lata tęskniliśmy włączając wieczorny serwis informacyjny. Fantazja, bajka, utopia – jak najbardziej. Ale za to cholernie satysfakcjonująca i inspirująca. Męczy mnie w ostatnich latach moje zawodowe grafikowanie, ale jak skończyłem ten serial, to aż mi się przez chwilę zachciało narysować w fotoszopku coś ładnego.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *