Carnival Row – wróżki, miłość, polityka i niedosyt, czyli jak urwać kurze magiczne jaja pod pretekstem pandemii


Skończyłem wczoraj oglądać drugi i jak się okazuje ostatni sezon wysokobudżetowej produkcji fantasy od Amazona i co tu dużo gadać, wkurwiłem się srogo. To że serial został zaorany wiedziałem już od jakiegoś czasu, ale nie podejrzewałem, że uda się twórcom w tych dziesięciu odcinkach tak pięknie spieprzyć całą misterną konstrukcję wybudowaną cztery lata temu.

Carnival Row to serial osadzony w czasach epoki przemysłowej w świecie spod szyldu fantasy, gdzie aż roi się od wszelkich dziwacznych stworów – faunów, wróżek, centaurów czy potworów zawstydzających designem Stranger Things. Niektórzy nazywają takie coś steampunkiem. Nie wiem, nie znam się, może i tak, chociaż internet trzyma się raczej pojęć typu urban neo-noir fantasy. Fabuła pierwszego sezonu oparta jest o typowy schemat śledztwa w sprawie serii morderstw w stylu Agathy Christie. W sumie nic specjalnie oryginalnego, na pierwszy rzut oka można by wręcz podejrzewać, że to kolejny skok na kasę przy pomocy generycznego fantasy kryminału. Tyle dobrego, że nie ma tu setnej historii „przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. Główny bohater to taki bardziej dziarski i przystojny Poirot wzdychający do seksownej wróżki ze skrzydełkami. Gra go Orlando Bloom, co już samo w sobie świadczy o poważnej intencji Amazona do wydojenia widzów na subskrypcjach. To jednak co faktycznie przykuwa do ekranu to wiarygodność świata przedstawionego.

Poznając kolejnych drugo i trzecioplanowych bohaterów z odcinka na odcinek coraz bardziej zagłębiamy się w raczej brudne i mroczne realia miasta Burgue i tytułowej dzielnicy Carnival Row będącej w praktyce gettem dla wszystkich nieludzi, którzy dali nogę ze swoich ojczystych krain by o wojnie czytać tylko w prasie. O wojnie toczonej między ludźmi z Burgue a ludźmi z owianego tajemnicą Paktu na terytorium rzecz jasna nieludzi. Życie. Generalnie realia w czasie akcji wyglądają tak, że jak masz jakieś kopyta, skrzydełka, rogi czy inne wynalazki to jesteś w dupie i możesz albo mieszkać w bieda dzielni bez perspektyw, albo w najlepszym razie robić za podnóżek u aryjskiego, tfu, ludzkiego pana. Przełożenie tych realiów na historię naszego świata wydaje się dość czytelne. Cieszy jednak bardzo, że tu jest to przedstawione ze smakiem (choć dosadnie) i biały widz z kraju, który nie ma nic za uszami w temacie niewolnictwa nie czuje się chlastany z ekranu oskarżeniami o systemowy rasizm i dyskryminację.

Wracając do wspomnianej już wiarygodności tego smutnego świata – wraz z postępami śledztwa poznajemy cały ekosystem półświatka Burgue, nieunikniony w takich okolicznościach element przestępczy, wiecznie poszkodowanych zwykłych nieludzi, jak również opresyjnych i uprzedzonych policjantów oraz skorumpowanych i zdegenerowanych polityków, którzy może i czasem coś tam by chcieli dobrze, ale jak to w życiu bywa rzeczywistość im przeszkadza, no ojej. Jest też wątek srającego hajsem fauna, który próbuje wylansować się w nieprzeznaczonych dla siebie kręgach ludzkiej elity. Co więcej jest tak zgrabnie i satysfakcjonująco poprowadzony, że nie ziewałem, jak to zwykle bywa przy mieszaniu ideolo z tematyką godną Harlequinów. Świetnie wyszły też realia religijne, w których rolę Chrystusa na krzyżu pełni anonimowy Męczennik na stryczku. Jako katolik muszę przyznać, że widok wszechobecnych tak w budynkach rządowych jak i prywatnych domach posągów, figurek i obrazów martwego gościa dyndającego na szubienicy był co najmniej konsternujący. Oczywiście wiara w Męczennika, który poświęcił się dla nas wszystkich jest tylko dla ludzi, a Fae, czyli cała reszta, robią za pogan, co daje kolejny powód by nimi powszechnie pogardzać. Naprawdę szacuneczek za to jak legitne jest tu tło głównego wątku. Do tego wszystko wizualnie jest wręcz doskonałe. Widać, że nie żałowano dukatów na cofnięcie czeskiej Pragi o ponad stulecie i dostosowanie jej do realiów fantasy. CGI, scenografia, kostiumy, rekwizyty – 10/10, mucha nie siada, no chyba że akurat jesteśmy w śmierdzącym z ekranu Carnival Row.

Czytałem w internetach, że recenzenci jęczeli na wolno posuwającą się fabułę i mało angażujący główny motyw śledztwa. Chciałbym wam pomóc, ale u mnie działa. W ogóle mam wrażenie, że leniwie rozwijająca się historia skąpo odkrywająca kolejne elementy układanki to wspólna cecha najlepszych serialowych historii. Inwestycja czasu i środków w stworzenie przekonującego uniwersum zwraca się zwykle z nawiązką już na etapie drugiego czy trzeciego rozdziału. Tu faktycznie chyba dopiero w ostatnich odcinkach poznajemy kluczowe dla tej opowieści fakty, dowiadujemy się nieco więcej o patologicznych układach wewnątrz apartu władzy i nagle tuż przed finałem pierwszej części akcja nabiera poważnego przyspieszenia. Po drodze okazuje się, że detektyw Philostrate jest dla świata Burgue dużo ważniejszą postacią niż wskazywałaby jego dotychczasowa rola, a widz po ośmiu odcinkach pomimo braku jakiegoś znaczącego cliffhangera nabiera przekonania, że tu jest grany jakiś grubszy temat i rozmach tego przedsięwzięcia może być ciężko zamknąć w typowych pięciu sezonach. Świetnie, będzie na co życie marnować przez następne kilka lat. Widz lubi to.

Mogliście zauważyć, że nie wspomniałem nic o aktorstwie. Nie bez powodu, bo trochę nie ma się nad czym rozpisywać. Wszystkie role są obsadzone dobrze i zagrane co najmniej poprawnie. Nie ma tu żadnych popisówek, jest po prostu naturalnie i przekonująco. I tak powinno być. Podobał mi się Jared Harris w roli kanclerza, ale to raczej indywidualna preferencja i sentyment do jego poprzednich kreacji, bo obiektywnie to chyba nie miał tu jakiejś wybitnej roli. Dużo lepszą robotę zrobił jego brat Jamie jako nienawistny sierżant Dombey posługujący się brytyjskim ulicznym akcentem, który zawstydziłby niejednego kibola z wysp. Dla zasady wspomnę o zwyczajowo kontrowersyjnej w gatunku fantasy decyzji castingowej. Postawiono na systemowe color blindness więc nieważne czy jesteś biały, czarny, czy brązowy – możesz być uprzywilejowanym człowiekiem, ale równie dobrze przegranym na starcie faunem lub latającym wróżkiem. Gorzej jak jesteś żółty, bo wtedy w najlepszym razie wylądujesz jako statysta piątego planu. Jeśli wyłączyć się na powiązanie pigmentacji z geografią to mi taki ruch w ogóle nie przeszkadza. To nie Wiedźmin, czy Władca Pierścieni, tylko oryginalna historia, do której nijak nie idzie się przypieprzyć o niespójności z materiałem źródłowym. Problem solved, poproszę o więcej takich przypadków.

Teraz więc przejdźmy do sezonu drugiego. Zdjęcia były na ukończeniu, Amazon już zacierał rączki do liczenia profitów gdy nagle wtem wszystko wywaliło się na głupi ryj. Otóż na czarnym łabędziu wjechała pandemia. Testy, maseczki, kwarantanny i ograniczenia w podróżach średnio pomogły w dokończeniu projektu realizowanego w całości w Czechach przy udziale raczej amerykańskiej obsady. Za to wyraźnie podwyższyły koszty. Wszystko przeciągnęło się w cholerę i jakiś mózg z kalkulatorem w końcu stwierdził, że starczy tego rumakowania, trzeba zamknąć fabułę drugim sezonem. Łaskawie dał dwa dodatkowe odcinki na skończenie wszystkich wątków. Ja rozumiem, że to nie był tani serial. Wiem, że to się kręci jednak głównie dla pieniędzy, a nie dla mojej przyjemności. Ale jestem też prawie pewien, że najdalej za rok Prime wyskoczy mi z jakąś kolejną epickom sagom o magicznych elfach, czy inną karuzelą czasu, podczas gdy tu mieli gotowy, naprawdę oryginalny świat o potencjale franczyzowym nie gorszym niż przereklamowana Gra o Tron. On Martyr’s noose, nawet takie biznesowe beztalencie jak ja rozegrałoby to lepiej, wy trąby amazońskie.

Co prawda ból dupy chwycił mnie jak tylko zobaczyłem plakat z napisem „final season”, to jednak do oglądania podszedłem bez specjalnych uprzedzeń. Salto polegające na zamknięciu LoTR drugą godziną Dwóch Wież może nie należy do najłatwiejszych, ale zasłużyliście, żeby dać wam szansę. Zgodnie z przewidywaniami wynikającymi z chronologii zdarzeń na planie nic w pierwszych odcinkach nie wskazuje na rychły koniec historii. Uniwersum jest wręcz rozszerzane o nowe lokalizacje, postacie i wątki. Ciekawe wątki, zapowiada się to całkiem dobrze. Dowiadujemy się więcej o Pakcie, czyli głównym przeciwniku Burgue. W kategoriach pewnego rozczarowanka traktuję jego reveal jako taką z grubsza carską Rosję walczącą akurat z krwiożerczą faeszewicką rewolucją, po której wszystkie smerfy będą najrówniejsze. Ale koniec końców zostaje ten pomysł sprzedany widzowi na tyle dobrze, że można wybaczyć mało oryginalną kalkę naszej rzeczywistości. Gorzej, że robi się z tej okazji mocno politycznie i o ile to samo w sobie nie jest zarzutem to już naiwność bohaterów wobec tej nowej tematyki aż razi. Ale ok, oni jeszcze nie wiedzą co to gułagi, więc nie ma się co czepiać. Wyrobią się z czasem. Po chwili okazuje się, że wyrabiają się całkiem sprawnie, bo całe szczęście komuchy niezależnie od równościowego pierdololo, są przedstawione raczej uczciwie, czyli jako typowe komuchy, którym żadne ludobójstwo nie będzie przeszkadzać w kwiecistych przemowach. Fajnie, lubię jak fantasy trzyma się faktów historycznych.

Tymczasem w Burgue wszystko po staremu, czyli magiczne stworki siedzą w brudnym getcie i radykalizują się coraz bardziej przeciwko ludziom, a dzielny detektyw Philostrate znów prowadzi jakieś śledztwo. Ok, kłamię trochę, bo to co napisałem to niby prawda, ale jednak sporo się pozmieniało, czego nijak nie umiem dobrze wyjaśnić nie robiąc tony spoilerów. Poświęcę za to chwilę uwagi skrzydlatej Vignette, która od początku serialu jest obiektem pożądania naszego protagonisty. W pierwszym sezonie przedstawiona jest wyciskająca łzy historia miłosna, włącznie z jebutną retrospekcją tłumaczącą dlaczego ten związek to dla nich taka wielka drama a nie po prostu miłe życie z seksem dwa metry nad łóżkiem (jak się zrobi komputerowo tak zajebiste skrzydełka, to trzeba przecież machnąć choć jedną scenę, w której faktycznie się do czegoś przydają). W tej wzruszającej opowieści poznajemy Vignette zasadniczo jako naiwną gówniarę, która zwykle nie zdanża z procesem myślowym zanim naodwala jakiś głupot. Spoko, tak zwana bohaterka emocjonalna, nie każdy ma predyspozycje lorda Varysa. Początkowo jej zachowanie w wielu sytuacjach wydaje się nawet uzasadnione mimo że oczywiście mało sensowne. Kłopot w tym, że przy takim bagażu doświadczeń i po całej dotychczasowej fabule trzeba być kompletną dzbaniarą z pamięcią złotej rybki, żeby nawywijać taki festiwal spierdoliny umysłowej jak ona przez te ostatnie dziesięć odcinków. Serio, nie przesadzam. Jakakolwiek minimalna choćby racjonalność poszła do kosza. Bzdura za bzdurą i brak linii dialogowych niewywołujących nagłego rozrostu komórek rakowych. Ciężko to nazwać inaczej niż tragikomedią pomyłek w wykonaniu scenarzysty. Jest to ewidentnie najsłabszy punkt drugiego sezonu i nie da się go zwalić na pandemię.

To co się całe szczęście broni to zazębiające się z tematem toczonego rewolucją Paktu wątki polityczne i kontynuacja zakulisowych rozgrywek i spisków w elitach Burgue. W to wszystko coraz bardziej wplątywany jest Philostrate aż gdzieś tak w połowie sezonu wjeżdża pięknie zaskakujący gamechanger (The Rains of Castamere playing silently in the background). To jest ten moment, kiedy widz jest naprawdę zainteresowany co dalej, kto zabił i jak wielką rolę przyjdzie odegrać dla świata głównemu bohaterowi pomimo wszelkich przeciwności. Jest tajemnica, za sprawą jednej z pobocznych postaci (doskonały przykład poprawnie przeprowadzonej progresji bohatera) pojawia się magia w służbie śledztwa, jest eskalacja wątków rasowo-obyczajowych. Nijak się to wszystko nie zgadza z konstatacją, że do końca zabawy zostało nam pięć odcinków.

Nie chce mi się tego szukać w wywiadach z twórcami, ale gdybym miał strzelać, to obstawiałbym, że punktem zwrotnym w temacie zwijania manatek jest epizod ósmy, a do tego czasu wszystko szło przynajmniej z grubsza zgodnie z planem. To tam pierwszy raz występują nagłe zwroty akcji powodujące mało racjonalne przeskoki i przyspieszenia w fabule. Nagle jakoś częściej zaczyna się dostrzegać charakterystyczny dla produkcji dwie klasy jakościowe niżej schemat „szybciej, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. Niebawem wszyscy bohaterowie występujący wcześniej w historii związanej z Paktem magicznie pojawiają się w Burgue byle tylko zdążyć na pamiątkowe foto z wielkiego finału. To tempo sprawia, że znaczące w innych okolicznościach zdarzenia zupełnie tracą na wadze, a interesujące metamorfozy przelatują przez ekran prawie niezauważone. Kulminacją jest wielka draka w feańskiej dzielnicy, która z rozumem i godnością człowieka lub nieczłowieka ma wspólnego tyle co drugi sezon Wiedźmina z książkami Sapkowskiego. Niektórzy zginęli, inni przeżyli, jeden pies. O, jeszcze śledztwo zostało rozwiązane, super, ale teraz to ja już nie chcę. Ogólnie zero emocji i cała praca nad zaangażowaniem widza w losy kilkunastu ciekawych i barwnych postaci poszła w ciągu dwóch godzin w dupę na raki. Smutałke tak bardzo. Finał wielkiej misji Philostrata dla świata okazał się króciutką wzmianką o tym, że poza ekranem miał miejsce wiekopomny reveal, który na zawsze odnowił oblicze ziemi. Tej ziemi. Na tym etapie jest to wiarygodne na równi z papieżem Franciszkiem łączącym się w bólu z Ukrainą. Jeszcze tylko płomienna i sama w sobie całkiem niezła, antyrasistowska przemowa, sekwencja scenek rodzajowych o charakterze małych happy endów i krótka acz gorzka konwersacja zawierająca dwa zdania idealnie podsumowujące niezrealizowany czy raczej wprost zmarnowany potencjał tego arcyciekawego uniwersum. „It would’ve made an interesting tale for your theater. And it’s time we wrote different stories around here.”


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *