ALF Bundy – irytujący pasożyt z kosmosu, którego pokochali wszyscy, choć nikt nie wiedział, dlaczego


Ze dwa tygodnie temu, w weekend, przeżywając zaskakująco spektakularnego kaca zupełnie nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc zrobiłem to zwykle i zacząłem bezmyślnie przewijać listę propozycji serialowych na HBO (niektórzy ciągle nie wiedzą, wymawia się to HA-BE-O). Oczywiście po 20 minutach nadużywania pokrętła myszki na produkcjach, które albo widziałem za dużo razy albo takich, których oglądać nie chcę i nie będę, trafiłem na ALFa. I popadłem w konsternację. Czy to w ogóle ma sens, żeby to włączać? Niby to sajfaj, a przecież lubię sajfaje, najbardziej takie z sensowną podbudową naukową… yeah, right. Jak ktoś się wychowywał przed telewizorem w latach 90., to niezależnie od tego, czy cokolwiek faktycznie pamięta, obraz kudłatego, głupkowatego kosmity ma wryty na stałe w mózg i otagowany hasłem „nostalgia”. Ale czy po prawie czterdziestu latach to się jeszcze w ogóle nadaje do oglądania? Przypominam, że mówimy o serialu, w którym główną rolę gra brzydka, brązowa kukła, obsługiwana od spodu przez czasem nawet trzech typów. Zajęło mi to dobrą chwilę, ale ostatecznie postanowiłem sprawdzić.

Intermission: zanim przejdę do ALFa, muszę wyjaśnić kilka kwestii dotyczących mojego modus operandi konsumowania treści audiowizualnych. W skrócie można by to ująć hasłem ZOZ: zobaczyć, omówić, zapomnieć. Po obejrzeniu lub nawet jeszcze w trakcie lubię trochę pomęczyć moją dziewczynę pierdzieleniem o jakiś lepszych wątkach danej produkcji. Zupełnie mi w tym nie przeszkadza, że albo nie patrzyła na nią wcale, albo tylko wyrywkowo jednym okiem. Jej pewnie przeszkadza bardziej, ale chyba już się przyzwyczaiła. Teraz jak to napisałem, to zaczynam mieć podejrzenia, że ten blog jest potrzebny jednak nie tylko mi. W każdym razie jak już sobie pogadam, to sprawnie przeskakuję na następy serial i jakoś tak się dzieje, że po roku, kiedy wjeżdża nowy sezon, to właściwie gówno pamiętam. Jak się zastanawiacie czasem dla jakich debili są te klipy „previously on our show which is so great we assume you don’t remember anything”, to ja jestem ich głównym odbiorcą, a i tak czuję się zagubiony przez pierwsze trzy odcinki. Kiedyś myślałem, że to pomoże, jak z kimś sobie o takim serialu porozmawiam, ale nie, mój mózg konsekwentnie po paru tygodniach wrzuca te informacje do kosza, żeby opróżnić go bezpowrotnie kilka miesięcy później. Może z pisaniem będzie inaczej, ale nie jestem optymistą. Czasem się zdarza, że jakaś Rodzina Soprano, albo The Wire uleży mi się w głowie lepiej, ale zwalam to raczej na fakt, że widziałem je po trzy razy. No nic, tak już jest i muszę z tym żyć. Dlatego między innymi wolę uskuteczniać binge watching seriali, które już się kończyły i obstawiam, że o takich będę pisał najczęściej. A taki na przykład Alf to skończył się w roku 1989. I może i oglądałem jakieś odcinki gówniakiem będąc, ale zapamiętałem z nich najbardziej jak wyglądał główny bohater i że wiecznie chciał zjeść domowego kota.

Jeśli ktoś się chował pod kamieniem, to wyjaśnię na wszelki wypadek, że serial Alf opowiada historię kosmity, uchodźcy ze zniszczonej nuklearnym holokaustem planety Melmac, który rozbija swój statek w garażu typowej amerykańskiej rodziny na przedmieściach Los Angeles. Na początku amerykańska rodzina jest w typowym szoku, ale całe szczęście oglądała E.T., więc ma zdrowe instynkty i już po chwili dociera do niej, że za wszelką cenę istnienie Gordona Schumwaya (ALF to tylko akronim od Alien Life Form) trzeba ukryć przed światem, a szczególnie przed złowrogą, rządową agencją Alien Task Force, która wiele by dała, by uczynić ALFa obiektem swoich nieludzkich (lol) eksperymentów. Główny bohater robi minę kotka ze Schreka, mówi „mam chorom planete”, a Tannerowie jak na dobrych Amerykanów o czystych serduszkach przystało przygarniają nielegalnego imigranta, bo nikt nie jest nielegalny, wiadomo. I żyli szczęśliwie przez ponad sto odcinków zabawiając publiczność poczuciem humoru nie z tej ziemi, choć jakoś podejrzanie osadzonym w usańskim kontekście.

W praktyce wygląda to nieco inaczej. Można by powiedzieć, że Alf skutecznie okręca sobie rodzinę Tannerów wokół palca kosmicznym wariantem przekrętu „na wnuczka” po czym przez cztery sezony pełni u nich na chacie rolę regularnego pasożyta. Żre za pięć osób jednocześnie notorycznie obrażając Kate, czyli panią domu, że nie umie gotować. Stanowi realne zagrożenie dla kota, non stop generuje szkody i równie bezczelnie co regularnie korzysta z kart kredytowych Willie’go, czyli pana domu. Same profity, o takim kosmicie wszyscy marzymy. Do tego wykazuje zerowe zrozumienie dla konieczności ukrywania się przed znajomymi, sąsiadami i rodziną Tannerów i ignoruje wszelkie narzucane mu zasady funkcjonowania. W zasadzie do pełni szczęścia brakuje, żeby chlał i palił. Chyba nawet mogły być takie pomysły, ale zostały ukrócone po nieco kontrowersyjnej ponoć scenie, gdy sobie i Brajankowi, czyli siedmioletniemu synowi rodziny otworzył po browarku. Przy odrobinie inwencji można by wjechać na motywy faktycznego science fiction i wysnuć tezę, że całe bajdurzenie ALFa o ojczystej planecie to bzdura będąca jedynie mechanizmem ewolucyjnym służącym wywołaniu litości u swojego hosta (pun intended) i rozpoczęciu procesu dojenia go. Sensownie da się wpisać w tę teorię atencyjność oraz powodującą wszelkie katastrofy jak i podtrzymującą zainteresowanie kompulsywność.

Cały ten patologiczny układ, który opisałem, nie jest jakąś dziwaczną deformacją fabuły ALFa, która powstała w mojej głowie, żeby na siłę się do czegoś przypieprzyć. To są realia, które wylewają się z ekranu w każdej wręcz chwili każdego odcinka. I to nie jest tak, że ja ALFa nie lubię, wręcz przeciwnie, jego się nie da nie lubić. Ale faktem pozostaje, że niezależnie od całego mnóstwa tematów, w których rodzinę Tannerów ubogacił (prawilny uchodźca xD) w ostatecznym rozrachunku jest on po prostu pospolitym kutasiarzem. Gdzieś tam po drodze pojawia się nawet opcja urwania z powrotem w kosmos z ziomeczkami z Melmacu, z której nasz bohater rzecz jasna po długich namysłach postanawia nie skorzystać. Jedni powiedzą, że tak pokochał swoją nową, ziemską rodzinę, że nie potrafił jej zostawić. Inni zauważą, że ta akcja ma miejsce w siódmym odcinku i jeśli cokolwiek zdążył pokochać, to raczej tannerowy socjal, pełną lodówkę i życie na gapę. Dlaczego więc widzowie tak oszaleli w latach 80. na punkcie ALFa, że doczekał się nawet występu u boku pierwszej wówczas damy, Nancy Reagan? Dlaczego ja mając dziś przecież świadomość, że adekwatnym określeniem do relacji ALFa z Tannerami jest „syndrom sztokholmski” spędziłem tydzień obserwując jego głupkowate przygody i świetnie się przy tym bawiąc?

Najpierw się muszę przyznać, że sytuacja nie jest tak dramatycznie czarno-biała, jak ją przedstawiłem. ALFa jest za co lubić. Tak, odzywki, na które sobie cały czas pozwala obfitują w sarkazm, złośliwość, czy wręcz pospolite chamstwo, ale jednak w większości historii ostatecznie okazuje się poczciwym kosmitkiem, który dla wszystkich chciałby dobrze. To dziecku pomoże ze szkolnymi problemami, to Lynn, czyli córkę domu, wesprze w jakiejś nastoletniej miłosnej dramie, to przejmie się problemami finansowymi Tannerów i na swój kretyński sposób spróbuje je rozwiązać, generując chyba bez wyjątków większe straty. Zawsze jednak intencja jest słuszna, niezależnie od ostatecznych efektów. Dotyczy to również osób postronnych, których poznajemy po drodze pewnie z kilkanaście. Najbardziej jaskrawe i hardkorowe przykłady tej jego dobroci wjeżdżają w dwuodcinkowym Christmas Special. Uprzedzę, że lecę spoilerami w następnym akapicie, a przy okazji wspomnę, że próżno szukać tej fabuły w sezonach dostępnych na HBO. Jest ona tam schowana jako oddzielny film.

W odcinku specjalnym Tannerowie jadą na Święta do leśnej chatki, ALF po drodze wszystkich wkurwia, do tego psując później całą frajdę z Wigilii i jak zwykle okazując się skończonym pazerniakiem. Zbiegiem okoliczności wspomaganym głupotą własną trafia w roli wielkiej, pluszowej maskotki jako jeden ze wigilijnych prezentów na oddział dziecięcy lokalnego szpitala. I tu zaczyna być naprawdę grubo, bo w serialu traktowanym raczej jako przyjemna, lekka telewizja familijna wjeżdża wątek chorej dziewczynki, która nie doczeka następnego Bożego Narodzenia. W ramach bonusu dostajemy jeszcze Św. Mikołaja próbującego w depresji popełnić samobójstwo. How how how, motherfuckers! ALF dwoi się i troi, żeby wszystkim pomóc, ale kosmita z niego taki raczej ani magiczny ani medyczny, więc dziewczynce może zaproponować co najwyżej przyjacielsko-psychologiczny substytut terapii paliatywnej. Bardzo jest to wszystko wzruszające, serio mówię. Później jeszcze doczytałem, że cały koncept odcinka jest częściowo oparty na autentycznej historii. Paul Fusco, pomysłodawca ALFa podkładający pod niego głos i obsługujący również jego kukiełkę ogarniał przy jej pomocy w czasach świetności serialu sporo wydarzeń o charakterze prywatno-fanowskim, w tym właśnie telekonferencję ze śmiertelnie chorym dzieckiem, które koniecznie chciało przed śmiercią porozmawiać z ALFem. Gulp, ciężko się to pisze. Fabuła odcinka, choć mocno radykalna, szczególne z dzisiejszej perspektywy niekończącego się konkursu, czyje uczucia zostały urażone bardziej, dobrze pokazuje ten ogólny trend zachowania ALFa, który nawet jak wszystko spieprzy, to jednak chce dobrze i się stara i przecież tak naprawdę to jest całkiem fajny. A poza tym to mu wybuchła planeta i macie go żałować nieczułe buraki.

Dobre intencje ALFa kupuję tylko częściowo, ale przejdźmy jeszcze na chwilę do drugiego powodu, dla którego nie jest powszechnie uważany za głupiego buca bez żadnego ale, kropka. Otóż chodzi o jego przegięciową nieraz złośliwość i sarkazm. Nie znam się na tyle dobrze na amerykańskiej telewizji, żeby precyzyjnie określić ground zero, ale na moje oko gdzieś tak pod koniec lat 70. coś tam się grubo spierdoliło. Tak jak wcześniej wszyscy byli mili, fajni, sympatyczni, tak nagle zaczęli sobie jechać bez litości przy każdej możliwej okazji. Jechanie to ma tak szerokie spektrum, że pewnie niejedną książkę można by o tym napisać. Może nawet napisano, ale odpuściłem sobie risercz i pozostanę przy przemyśleniach własnych. Od drobnych sytuacyjnych uszczypliwości przez docinki o wieku, urodzie i wadze po marne pranki według klucza „chcesz żartu i memu, zrób krzywdę bliźniemu”. Zjawisko to trwa do dziś i sprawia wrażenie, jakby z Amerykanów a później z całej reszty małpującego ją świata zdjęto nagle jakiś limiter, który wcześniej sprawiał, że nie byli wrednymi chujami szukającymi nawet w rozmowie o pogodzie choćby maluteńkiego konfliktu. Ale najgorsze jest to, że ten nowy model zachowania był i jest powszechnie przedstawiany nie tylko jako normalny, ale jako fajny. ALF w porównaniu do swojego prawie rówieśnika ekranowego Ala Bundy’ego i tak jest ugrzecznioną wersją tego fenomenu. A Widać go już dużo wcześniej, choćby w Cheers z 1982 roku. Nie zamierzam ani siebie, ani Was oszukiwać. Mogę tu sobie pyszczyć, jak to kiedyś było lepiej, ale sam się temu zjawisku w jakimś stopniu poddaję i oglądając przez lata wirtuozerię drwin w wykonaniu Alfa, Ala i Norma z całą pewnością musiałem choćby trochę się do nich mentalnie upodobnić. Można się wzbraniać przed dopuszczeniem do siebie takiej myśli, ale to jest nie do uniknięcia. Uważam się za dość świadomego użytkownika tych wizualnych narkotyków i kiedy mówię Wam „dzieci, nie zaczynajcie ćpać tego gówna, bo możecie skończyć jeszcze gorzej niż ja”, to mi zaufajcie. Albo nie, bo oprócz tego to trzy zajebiste seriale. Oh well, tyle możliwości…

Fabularnie ALF nie ma do zaproponowania nic szczególnie oryginalnego. Odcinki są rozpisane według metod sprawdzonych w dziesiątkach wcześniejszych sitcomów. Powtarzalne gagi, przebieranki, kolejne absurdalne pomysły na spędzanie nadmiaru wolnego czasu i jednoczesne utrudnianie życia wszystkim wokół. Motywów sajfajowych, z których heheszkowałem na samym początku tego tekstu w zasadzie nie ma poza samym faktem istnienia głównego bohatera, przybysza z Melmaca i kilku jego ziomeczków pokazanych w dosłownie dwóch scenach. Jest za to dziwaczny przegląd interakcji ALFa z rzeczywistością lat 80., który ogląda się co najmniej przyjemnie i nawet dość satysfakcjonująco. Aktorsko nikt tu dupy nie urywa. Jest po prostu dobrze. W ludzkiej obsadzie najbardziej chyba wyrazisty jest swoim brakiem wyrazistości Max Wright jako Willie Tanner. Kariery wielkiej później nie zrobił, ale można było usłyszeć o nim gdzieś na przełomie wieków w kontekście głośnych skandali obyczajowych. Podobno praca na planie była dla wszystkich jedną wielką mordęgą, czego – co ciekawe – w ogóle prawie nie czuć. Kluczowy dla tego stanu rzeczy był chyba właśnie Wright, który wiecznie wściekał się, że wszystkie najlepsze kwestie lecą do Alfa, a nie do niego. Dude, następnym razem przeczytaj scenariusz. Dude przeczytał i jak w 1996 r. do kin wszedł „Project: ALF” będący kontynuacją serialu, to w obsadzie nie znalazł się nikt z oryginalnej ekipy poza Paulem Fusco. Serial został anulowany przez NBC po czwartym sezonie i skończył się zaskakująco znaczącym cliffhangerem. Stąd po latach ktoś zobaczył kilka dolków w możliwości zamknięcia tematu wspomnianym filmem. Nie było warto, wyszło to delikatnie mówiąc nędznie, pomimo zatrudnienia Martina Sheena i Miguela Ferrery.

Jakoś strasznie depresyjnie wyszedł ostatni akapit, a ja się naprawdę bardzo dobrze przy tym serialu bawiłem. Arcydzieło to to może nie jest, ale pomyślcie o tym tak: coś musiało tu zajebiście pyknąć skoro najpierw USA a później cały świat, tak dzieci jak i dorośli, dostali regularnego pierdolca na punkcie brzydkiej, włochatej, niespełna metrowej kukły z wielkim kinolem wyzłośliwiającej się na prawo i lewo. Fakt, że to zupełnie inne czasy jeśli chodzi o CGI, ale będę się upierać, że ten porąbany koncept wciąż broni się, ponad 30 lat później. Może niekoniecznie polecam, żeby to przelecieć jak ja w kilka dni jednym ciągiem, ale już pojedynczy odcineczek raz na jakiś czas dla odmóżdżającego relaksu – jak najbardziej.


2 odpowiedzi do “ALF Bundy – irytujący pasożyt z kosmosu, którego pokochali wszyscy, choć nikt nie wiedział, dlaczego”

  1. Dzięki za przypomnienie i ciekawostki! Mam duży sentyment do tej postaci, bo też byłam gówniakiem w 90. i chyba pozostanę przy tym sentymencie, żeby sobie nie burzyć pomników XD

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *