1883 – pionierska podróż przez Dziki Zachód po tytuł królowej westernu feministycznego


Przez ostatnie kilka lat regularnie mi wpadał w internetach tytuł Yellowstone jako przykład świetnego neo-westernu z Kevinem Kostnerem w roli głównej. Nie mam pojęcia czemu zwlekałem tak długo, szczególnie, że bardzo ten gatunek lubię, Kevina też, ale jak już ruszyłem temat, to wsiąkłem doszczętnie. Do decyzji nadrobienia zaległości przyczyniła się solidna promka na subskrypcję SkyShowtime. Wiele tam na razie dla mnie nie ma, ale za raptem dyszkę to choćby i jeden serial można obejrzeć. Plus mojego ociągania jest taki, że obecnie zrobiła się ze stworzonego przez Taylora Sheridana Yellowtone cała rozległa saga opisująca w kilku odrębnych fabułach różne okresy działalności rodu Duttonów. Pierwszy chronologiczne spinoff to 1883 i jako że jest już zamkniętą w jednym sezonie całością, to właśnie od niego zacznę swoje zachwyty nad tym uniwersum.

O ile akcja Yellowstone dzieje się zupełnie współcześnie, tak w 1883, jak sam tytuł wskazuje, cofamy się do końcówki XIX wieku i wyruszamy w podróż z Teksasu do Oregonu, by dowiedzieć się, jak do tego doszło, że prawie 140 lat później starzejący się Costner ma swoje wielgachne ranczo wielkości województwa i może sobie na nim poganiać bydełko na koniku. To co dziś jest kilkugodzinnym lotem lub w najgorszym razie nieco upierdliwą przejażdżką autem, wtedy było prawdziwym wyzwaniem i wiązało się z czyhającym na każdym kroku śmiertelnym zagrożeniem. Mnóstwo ludzi ryzykowało jednak wszystkim i decydowało się na tak niebagatelną wycieczkę. Jakieś cztery tysiące kilometrów dramatycznie wykańczającej podróży w krytych wozach, milion sposobów by umrzeć po drodze, a wszystko po to, by na końcu wyprawy wbić w ziemię kołki i powiedzieć „to moje”. Obietnica ziemi niczyjej (Indianie, jacy Indianie?), tylko czekającej na wystarczająco odważnych i chętnych spowodowała gigantyczny napływ osadników, którym w dotychczasowej karierze szło na tyle słabo, że hasło „rzućmy wszystko i pojedźmy do Oregonu” wydawało się kuszące. Jechali całymi rodzinami, zarówno Amerykanie jak i dopiero co przybyli na kontynent Europejczycy, często nawet nie znający języka. Jedna z takich właśnie ekspedycji jest głównym tematem serialu 1883.

Intermission: Muszę tu sobie pozwolić na szereg nieco osobistych przemyśleń. Temat takiego pionierstwa, jakie skrótowo przedstawiłem powyżej jest mi cholernie bliski i być może po części stąd bierze się moja euforia wobec 1883. Nie znaczy to bynajmniej, że mam w rodzinie jakieś podobne doświadczenia. Jak raz się pojawiła pod Grójcem, to przez dziesięć pokoleń nie udało jej się ruszyć o więcej niż pięćdziesiąt kilometrów. Chodzi mi raczej o samą, jakże ekscytującą koncepcję odkrywania niezbadanego. Zawsze z zazdrością czytałem o czasach wielkich odkryć geograficznych, wyprawach w nieznane, płynięciu prawie zupełnie w ciemno, choć po drugiej stronie oceanu może być choćby przepaść. W dzisiejszym świecie wszystko jest jasne i szczegółowo opisane. Wiemy już kto, wiemy gdzie, a nawet nie znając języka możemy się z nim dogadać przy pomocy technologii. Od dowolnego miejsca na kuli ziemskiej dzieli nas maksymalnie dwadzieścia godzin i kilka tysięcy złotych. Każdy kawałek ziemi ma swojego właściciela i rozdział wbijania kołków jest definitywnie zamknięty. Względnie nieodkryte pozostają jeszcze morskie głębiny i rzecz jasna kosmos. Stąd też ewidentnie jaram się serialami takimi jak Star Trek czy SeaQuest. Ten motyw eksploracji jest stałym elementem moich serialowych poszukiwań. Uczciwie mogę powiedzieć, że gdyby dziś zaczęła się nowa, kosmiczna gorączka złota, a technologia umożliwiła takim leszczom jak ja ruszenie ku nowym planetom, to ja bym faktycznie rzucił wszystko i choćby w samych gaciach poleciał na jakiegoś Keplera-xD, żeby nadać mu jeszcze głupszą nazwę niż numerki od NASA.

Główny bohater 1883, James Dutton (w tej roli zupełnie nierozpoznawalny pod gęstą, czarną brodą gwiazdor country, Tim McGraw) jest całe szczęście nieco lepiej przygotowany. Po pierwsze jest zaprawionym w boju weteranem wojny secesyjnej po stronie Konfederacji. Po drugie spędził na Dzikim Zachodzie sporo czasu i ma w głowie cały szereg rozwiązań, które pomogą możliwie bezpiecznie przeprawić rodzinę w stronę Pacyfiku. Tak, rodzinę, już w pierwszym odcinku dołączają przybyli właśnie koleją z Tennessee żona, jej owdowiała siostra, ich wchodzące w dorosłość córki i czteroletni syn. Żeby być zupełnie uczciwym oryginalny plan raczej ssie pęto, bo James chciał dyrdać całą trasę samotnie, jednym wozem. Jak by się to skończyło, będzie w zasadzie udowadniane w każdym kolejnym odcinku. Ostatecznie jednak dociera do niego, że „przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” i dołącza do większej ekipy zmierzającej do Oregonu. Są to w większości zupełnie niegotowi na trudy podróży osadnicy ze starego kontynentu – głównie Niemcy, Rosjanie, chyba nawet jacyś Polacy i cyganie. Ogólnie są raczej durni, ale nie na tyle durni, żeby pchać się na Dziki Zachód całkiem samodzielnie. Wynajmują więc do opieki byłego kapitana wojsk Unii, Shea Brennana (świetny jak zawsze i pasujący do roli jak nikt inny Sam Elliot) i jego czarnego przyjaciela z wojska Thomasa (znany mi dotąd głównie z epizodów LaMonica Garrett). O ile Thomas traktuje swoją misję raczej pragmatycznie, tak dla Shae jest ona czymś więcej. Wskutek ospy dopiero co zmarła mu żona i córka. Jest obecnie na etapie poszukiwania nowego celu w życiu i poznajemy go w momencie, kiedy widmo śmierci nie jawi mu się jako szczególnie odpychająca perspektywa. Decyduje się jednak wziąć na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo lamusów z Europy i to on wraz z Thomasem i Jamesem będą tu robić za westernowych wyjadaczy w drodze na zachodnie wybrzeże.

Ogólnie cała ta wycieczka momentami wygląda, jak olimpiada głupków Monty Pythona. Szczególnie na początku wszyscy wszystko robią źle, co chwilę bez sensu giną, a ci, którzy nie giną wiecznie awanturują się, że oni to sobie wyobrażali inaczej. Pojawiają się wewnętrzne konflikty i kradzieże – szybko się okazuje, że nie jest to żadna zgrana drużyna, tylko banda randomów, którzy poznali się na statku podczas podróży przez Atlantyk. Shae i Thomas robią, co mogą, żeby choć czasem ich tabor działał jak dobrze naoliwiona maszyna, ale łatwo zdecydowanie nie jest. Jamesowi zależy wyraźnie mniej. Można by wręcz powiedzieć, że traktuje całe to towarzystwo jako zawodowe ofiary, które mają zbierać kule w razie strzelaniny, tak żeby on i jego rodzina wyszli z tego cało. Coś tam oczywiście pomaga i doradza, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że to najbliżsi są jego priorytetem, a nie dobro całej grupy. Tu muszę się przyznać, że jak zwykle trochę Wam nakłamałem. Bo tak naprawdę wbrew opisanej sytuacji to nie James jest głównym bohaterem tej opowieści, a jego nastoletnia córka, Elsa. Jest też narratorką tej historii i regularnie widz konfrontowany jest z jej młodzieńczymi przemyśleniami dotyczącymi wolności i niezależności.

W zasadzie można by powiedzieć, że to najważniejszy wątek tego serialu. Młoda, dość naiwna i absolutnie niewinna dziewczyna zostaje wyrwana ze swojego miejskiego środowiska i jego obyczajów, tradycji, konwenansów. Podekscytowana stopniowo odkrywa, że życie może wyglądać inaczej. Że można jeździć na koniku, nosić spodnie (wow, no profit stulecia), spać pod gwiazdami, a nawet beztrosko flirtować niespecjalnie przejmując się, co inni powiedzą. Że w świecie bezkresnej prerii, niezależnie od wszelkich zagrożeń można poczuć się prawdziwie wolnym. Co więcej ojciec wręcz dość przychylnie spogląda na jej postępującą emancypację. Syn jest nieco za młody, żeby zrobić z niego prawdziwego kowboja, a córka tu i teraz wykazuje się zarówno chęciami i jak i predyspozycjami. Matka coś tam marudzi jeżdżąc w swojej niewygodnej sukni, ale zasadniczo też nie stawia poważnego oporu. Uczciwie zaznaczę, że niektóre z głębokich myśli Elsy ocierają się o grafomanię, ale to wyjątkowo nie oznacza, że się nabijam. Bo osiemnastoletniej Elsie wolno być naiwną gówniarą i zachłystywać się właśnie poznaną wolnością. Ciężko od niej oczekiwać prawdziwej życiowej mądrości, którą nabywa się z wiekiem i doświadczeniem, a i to zdecydowanie nie zawsze. Niestety, jak lubił mawiać fizyk w moim liceum, życie weryfikuje i kolejne odsłony krótkiego szczęścia poznawanego przez coraz bardziej wyzwoloną dziewczynę idą w dupę na raki. Dziki zachód, bejbe.

Kluczowym elementem opisywanej podróży jest strata. Strata i śmierć są tu odmieniane przez wszystkie przypadki. Ich narzędziem może być wąż gryzący cię w tyłek przy sikaniu, przygniatający cię uszkodzony wóz, rwąca rzeka podczas przeprawy, rewolwer bandyty, strzała lub tomahawk Indianina, a nawet tornado. Wszystko i wszyscy chcą cię zabić. To nie jest kraj dla słabych ludzi. Preria nie wybacza. Jeden błąd i znikasz z planszy. A towarzysze rodziny Duttonów wręcz lubują się w błędach. Festiwal śmiertelnych konsekwencji zdaje się nie mieć końca. Drużyna robi się coraz mniej liczna, morale siada, a na horyzoncie zaczyna rysować się zima. Trudy wyprawy przedstawione są naprawdę dosadnie. Absolutnie nie uważam się za eksperta, nie pogłębiałem nigdy jakoś szczególnie swojej wiedzy z zakresu amerykańskiego osadnictwa, ale dokładnie tak wyobrażałem sobie podróż wozami przez kontynent. Jeśli nie liczyć tony obejrzanych przez lata westernów przyglądałem się tu wszystkiemu jako zupełny laik, ale moje wrażenia dobrze podsumowuje stwierdzenie „tak właśnie musiało być” i nieironiczny hashtag #truestory.

Przy jednej z przedstawionych na ekranie strat nawiązuje się ciekawa relacja między Elsą a Shae. Stary, raczej oschły kowboj podchodzi do dziewczyny z troską i zrozumieniem, bez poczucia wyższości często towarzyszącego wiekowi i doświadczeniu, pamiętając, że chwilę temu sam opłakiwał swoją żonę i córkę. Próbuje jej wskazać dalszą drogę, pokazać jakiś sens, którego sam jeszcze nie odnalazł. Genialna jest to scena i nie zapomnę jej nigdy (yeah, right). W starych westernach kowboj jest zwykle twardzielem, strong silent type, pif paf, barman, whisky, chodź mała, przecież wiesz, że mnie kochasz. Nie ma wiele miejsca na żadne głębsze emocje, wyznania, uczucia. Obraz tych trzech mężczyzn przedstawionych w 1883 – Jamesa, Shae i Thomasa, jest dużo bardziej wiarygodny i po prostu ludzki. Z jednej strony dobrze wpisują się w model twardego typa spluwającego tytoniem, zerkającego niepokojąco spod kapelusza i odzywającego się raz na dobę. Z drugiej jednak, kiedy pojawia się ważny temat, nie boją się mówić o nim wprost, uczciwie i od serca. Samo to stanowi w tym serialu naprawdę dużą wartość.

Bardzo dobrze też jest pokazany mechanizm dystrybucji szacunku między wspomnianymi trzema bohaterami. W miarę kolejnych setek kilometrów i ludzkich dramatów zmieniają się sympatie osadników wobec przywódców wycieczki. Co nietypowe, mimo pewnych konfliktów i sporów, oni o ten szacunek i posłuch tak naprawdę między sobą prawie wcale nie rywalizują. Wszyscy w jak najlepszej wierze podejmują decyzje, a te zależnie od efektów wpływają na słupki popularności w obozie. Shae i Thomas początkowo z Jamesem się nie znają. Można nawet powiedzieć, że mają powody, by się nie lubić. Przecież niespełna dwadzieścia lat wcześniej wyżynali się nawzajem na polach bitew wojny secesyjnej. Z czasem jednak uczą się wzajemnego szacunku i zaczynają doceniać, nie tylko za same umiejętności. Nawiązuje się się między nimi przyjaźń, pozornie szorstka, ale jednak taka, w ramach której potrafią się jeden przed drugim do pewnego stopnia otworzyć i pozwolić na pełną empatii szczerość.

Najbardziej znaczący rozwój postaci ma jednak miejsce w przypadku głównej bohaterki. Elsa już nie jest tylko ciekawą świata dziewczynką, zachwyconą wolnością wielkich przestrzeni i możliwościami życia pod chmurką. Odkrywa w sobie kobietę, odkrywa pożądanie (jprdl, to cudowne zdanie będę teraz musiał jakoś solidnie odpokutować). Jeden z głównych wątków miłośnych to romans z poznanym na trasie Komanczem. Nasza wycieczka musi przejechać przez ziemie należące do jego plemienia. Kilka spojrzeń, komplement o ładnym koniku, wyścig przez prerię, prezencik i facet nawet nie wie, kiedy zaczął w tej historii robić za Pocahontas. Fabuła ta jest momentami ekstremalnie wręcz naiwna, ale jednocześnie tak przedstawiona, że udaje jej się zachować wiarygodność. Duttonowie są raczej średnio zachwyceni, szczególnie matka. Młoda sprzedaje rodzicielce kilka ciętych ripost, zasadniczo robi szybki szach i mat i w końcu do starych z grubsza dociera, że jest już przecież XIX wiek, a córka jest pełnoletnia, więc w sumie whatever, może chociaż przyśle wnuki na Święta. Romans trwa więc w najlepsze, Elsa zaczyna coraz bardziej lansować się na Indiankę, a widz tylko czeka aż coś jebnie. Oglądając to miałem niejasne skojarzenia z jakimś Winnetou i Old Shatterhandem w wersji bardziej dla dziewczyn. Wszystko jest tu wręcz celowo dziecinne i proste, a jednocześnie doskonale wpisuje się w całość jako jeden z epizodów eposu rodu Duttonów. Dobra, przyznam się, łezki nie było, ale pewnie nawet się raz czy drugi wzruszyłem, bo to taka ładna historia.

Pisząc o Elsie nie sposób nie zaznaczyć, jak świetnie wypada w jej roli Isabel May. Rety, tu w ogóle nie ma słabych ról. Każda, choćby i trzecioplanowa pyknęła mi idealnie i nie miałem nawet cienia wątpliwości, czy dałoby się to obsadzić lepiej. Nie czuję się kompetentny, żeby rozpisywać się o niuansach aktorstwa, ja sobie tylko seriale oglądam, ale May moim zdaniem zasługuje na szczególną uwagę. I to chyba nie do końca musi być tylko jej zasługa. To jest po prostu bardzo dobrze napisana postać, a młodziutka, 21-letnia aktorka perfekcyjnie odnajduje się w roli dziewczyny, która nagle w taki trochę naiwny i wręcz irytujący sposób poczuła się w życiu pierwszy raz silna, niezależna i pewna siebie. Rewelacyjny głos, akcent i względnie ładna, rumiana buzia to tylko dodatki do castingu idealnego. Teraz jak o tym myślę i jeszcze dla przypomnienia odpaliłem sobie ponownie kilka scen, to wychodzi mi, że to jest w ogóle cholernie feministyczny western, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego przymiotnika. Mam co prawda poważne wątpliwości, czy we współczesny feminizm dobrze się wpisze koncepcja zintegrowania głównej bohaterki z patriarchalną społecznością Komanczów i zupełnie ochocze rodzenie indiańskich dzieci, ale nie przeszkodzi mi to w kontynuowaniu tej tezy. Potwierdza ją Faith Hill jako żona Jamesa. Margaret jest typową matką, więc z definicji musi zrzędzić, epatować boomerstwem, krytykować przekonania i pomysły córki. W oczywisty sposób reprezentuje poprzednie pokolenie i życzy sobie, żeby następne robiło dokładnie to samo, tylko może z większymi sukcesami. Ale tak naprawdę doskonale rozumie, o co chodzi Elsie, a z wielu dialogów przebija wręcz zazdrość i podziw dla córki. Grrrl Power na pełnej. Wtf, Michał, ogarnij się, co ty wypisujesz, ktoś poważny to może czytać i później ci będzie głupio.

Koniec XIX wieku to taki czas, kiedy Indianie są już w zasadzie definitywnie podbici, ale jeszcze nie wszyscy o tym wiedzą. Mają już niby rezerwaty, ale średnio im wychodzi trzymanie się ich granic. Spora część chyba ciągle liczy na dogrywkę i rychły koniec białego człowieka, który dopiero co przecież się tu pojawił, pewnie zaraz się zawinie i wszystko wróci do normy. To blade twarze są na prerii gośćmi. Indianie są u siebie i tak się zachowują. Biali są intruzami, których poza nielicznymi wyjątkami się z niechęcią na swoich ziemiach toleruje. I lepiej, żeby nic nie nawywijali, bo w konsekwencje i generowanie strat to Indianie są wciąż całkiem nieźli. Ekipa Duttona co prawda nic nie nawywijała. Jeśli już, to siły natury srogo właśnie narozrabiały wobec niej. Miała jednak niefart znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i niewłaściwym czasie. Tak dochodzimy do finałowej rozgrywki. Teraz będzie western na pełnej kurtyzanie. Strzelanina z bandytami udającymi stróżów prawa, Indianie naparzający z łuków, circle the wagons, skalpowanko, egzekucje, bezmyślna przemoc i stosy niepotrzebnych ofiar. Ale skrócona srogo karawana jedzie dalej. Misja Oregon nie może mieć przecież finiszu w Wyoming.

Bardzo starałem się w tym tekście unikać znaczących spoilerów i tak spróbuję skończyć, choć nie jest to proste zadanie. To dopiero teraz, szczególnie w ostatnim, dziesiątym odcinku będą mieć miejsce najdramatyczniejsze sceny i najbardziej poruszające dialogi będące pokłosiem wydarzeń z poprzedniego akapitu. W obliczu tragedii wielu z bohaterów zyska zupełnie nową głębię. Na wyższy poziom wespnie się przyjaźń Shae i Jamesa. Nieco inaczej spojrzymy na relację Margaret z mężem. Umęczony Shae w końcu spróbuje zaznać jakiejś formy ukojenia. Na ekranie zobaczymy nieco może upośledzony i gorzki, ale jednak happy end, a Duttonowie założą wreszcie swoje ranczo, choć nie całkiem tam, gdzie pierwotnie planowali. Znów są tu z udziałem Elsy momenty ocierające się o infantylność, czy nawet pewną żenadę, ale co ja poradzę, że to po prostu działa. Wszystko zaś przyćmi dominujący motyw śmierci i to jak z nią sobie radzą bohaterowie. Ktoś inny być może urwałby tę historię wiele wątków wcześniej i zostawił kilka kwestii w sferze niedomówień, ale Taylor Sheridan wydaje się doskonale rozumieć, gdzie szukać prawdziwie ważnych emocji i jak dowieźć wszystkie tematy do satysfakcjonującego zakończenia.

1883 broni się nie tylko jako prequel, będący świetnym uzupełnieniem Yellowtone. Jest ta opowieść sama w sobie doskonałą całością, ani trochę nie wymagającą znajomości fabuły z Kevinem Costnerem. Nie wiem, czy jakikolwiek inny film lub serial zdołał wywołać u mnie tak silne odczucia odnośnie Dzikiego Zachodu, a widziałem tego naprawdę sporo. Genialnie działa tu kontrast między przepięknymi zdjęciami krajobrazów i natury oraz podniosłą muzyką, a opisem świata, który robi wszystko, by cię zabić. Prawie każdy, choćby najbardziej optymistyczny epizod w jakiś sposób ubabrany jest smołą. Dobro jest okazjonalne. Zagrożenie jest wieczne. A w tym wszystkim są zwykli, choć nieraz nadzwyczajni ludzie, którzy swoją niezłomnością robią wszystko, by udowodnić, że zasługują na wbicie kijków w ziemie i wzięcie jej w swoje władanie. Kiedyś to były czasy. Teraz to tylko leżenie na kanapie i oglądanie telewizora. Weź się tam Elon sprężaj z tym Starshipem, bo ja już młodszy nie będę, a ranczo w kosmosie samo mi się nie zrobi.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *